Świat bez kultury, czyli kilka uwag o roli kulturowo-społecznego kontekstu we współczesnej ekonomii

Kategorie: Artykuły, Finanse, rynki kapitałowe, rachunkowość, Ład korporacyjny i prawo, Zarządzanie
dr Bartosz Scheuer, Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu, Wydział Inżynieryjno-Ekonomiczny

 

Ekonomia jako nauka wymaga gruntownej przebudowy, gdyż ekonomiści notorycznie ignorują kontekst kulturowy i społeczny, zarówno w rozumieniu czynnika kształtującego ich praktykę badawczą i tej praktyki metodologię, jak też jako składnika dziedziny przedmiotowej.

Najważniejsze w życiu to opierać się na sądach a priori[…]. Widać od razu, że jest to metoda godna uznania, no, chyba żeby było inaczej.
Boris Vian, Piana złudzeń
Preferuję użycie terminu teoria w wąskim sensie […] jako czegoś, co można wprowadzić do komputera i uruchomić.
R. E. Lucas, Jr., Lectures on Economic Growth

 

1. Wstęp, czyli dlaczego ekonomiści zawsze wiedzą lepiej

Krytycy współczesnej ekonomii niezmiernie często wskazują, że, będąc nauką społeczną, ekonomia prawie całkowicie ignoruje społeczno-kulturowy kontekst działań jednostkowych. Autorami tej krytyki bywają zazwyczaj przedstawiciele innych nauk, ale także sami ekonomiści, a głównym przedmiotem ich obaw jest fakt, iż brak odniesień do tegoż kontekstu czyni ekonomię „mało wrażliwą” na kwestie, które z kolei mają priorytetowe znaczenie, choćby dla socjologów. Konsekwentnie, świadomość ogromnej siły oddziaływania koncepcji teoretycznych formułowanych w ramach ekonomii na sferę społeczną (już to przykładowo w postaci wpływu ekonomistów na politykę państwa i to nie tylko gospodarczą), sprawia, iż krytycy ci wskazują, że nieobecność kontekstu kulturowego w teorii ekonomicznej rzutuje – negatywnie oczywiście – na funkcjonowanie społeczeństwa; powszechnie znane są chociażby zarzuty wobec „szkoły chicagowskiej”, a szczególnie wobec Miltona Friedmana o to, że głosząc wolnorynkowy dogmatyzm i dostarczając dlań teoretycznych uzasadnień, spowodowali wprowadzenie, brzemiennych w katastrofalne skutki, rozwiązań prawno-instytucjonalnych .

Innym wątkiem tej krytyki są zarzuty o swoisty imperializm ekonomiczny, czyli o silnie obecne w ekonomii podejście, zgodnie z którym dostarcza ona lepszych (cokolwiek miałoby to znaczyć) wyjaśnień kwestii, stanowiących przedmiot badań innych nauk społecznych. Imperializm ów możliwy jest oczywiście między innymi dlatego – co ekonomiści uważają za jego zaletę, a krytycy za wadę – że uniwersalizujący schemat wyjaśniania stosowany przez ekonomistów, całkowicie abstrahuje od wszelkich uwarunkowań kulturowych i historycznych, czy lepiej, sprowadza je do roli li tylko kategorialnie jednolitego zbioru ograniczeń działania jednostki; to ostatnie zaś zawsze ma, według nich, ten sam schemat – działania ekonomicznego.

Można by oczywiście wskazać na jeszcze kilka wątków rzeczonej krytyki, niemniej, tak czy inaczej, będą to głównie zarzuty o ignorowanie dokonań innych nauk społecznych, intelektualną arogancję, nieliczenie się z konsekwencjami głoszonych koncepcji oraz brak wrażliwości społecznej. Odpowiedź ekonomistów na tego typu krytykę stanowią najczęściej lekceważenie oraz złośliwe uwagi o ignorancji oponentów, a w ramach samej ekonomii o „socjalizowanie” (co dla większości współczesnych ekonomistów, nawet nieortodoksyjnych, rzeczywiście stanowi inwektywę).

W niniejszym artykule będę się starał wykazać, że, faktycznie, swoista „nieobecność” kontekstu społeczno-kulturowego w rozważaniach ekonomicznych stanowi fundamentalny problem teoretyczno-metodologiczny i powoduje, że ekonomia, jako nauka społeczna, nie tylko w swym głównym nurcie, ale też w podejściach heterodoksyjnych, wykazuje daleko idącą niemoc heurystyczną. Niemniej przyczyn tejże, należy upatrywać zupełnie gdzie indziej, niż wynikałoby to z omówionej powyżej krytyki; w odniesieniu do niej bowiem, lekceważące stanowisko ekonomistów ortodoksyjnych wydaje się w pełni uzasadnione, ponieważ rzeczywiście opiera się ona głównie na tym, iż istota podejścia, które możemy określić ekonomicznym, pozostaje dla jego krytyków całkowicie niezrozumiała (inną sprawą jest to, że ekonomiści niespecjalnie starają się zrozumiałą ją uczynić, a wręcz, że – świadomie lub nie – stosują narzędzia, które sytuację zdecydowanie pogarszają).

Co istotne, kluczowe znaczenie dla dalszych rozważań i wynikających z nich wniosków, mieć będzie orientacja filozoficzno-metodologiczna, w ramach której będą one formułowane. Wydaje się bowiem, że to ona pozwala z jednej strony w najlepszy sposób wykazać, dlaczego brak kontekstu kulturowo-społecznego w teoriach ekonomicznych w ogóle stanowi problem, z drugiej natomiast, że to właśnie lekceważenie tej orientacji w filozofii i metodologii ekonomii jest pierwotnym, względem wszystkich pozostałych, zagadnieniem. Chcąc uniknąć jednak nieporozumień rozpocznę od wyjaśnienia, co uważam za przedmiot analizy, czyli inaczej, co mam na myśli mówiąc o współczesnej ekonomii. Jest to o tyle istotne, że przyjęta orientacja pozwala zupełnie inaczej, niż to ma miejsce w standardowym ujęciu tych kwestii przez ekonomistów, wyznaczyć granice ekonomicznej ortodoksji. Następnie dokonam skrótowego nakreślenia podejścia, które dla celów niniejszych rozważań można określić konstruktywistyczno-kulturalistycznym, by wreszcie – wskazując na dysproporcję w obecności tego podejścia w ekonomii i pozostałych naukach społecznych – wykazać, iż przeorientowanie ekonomii powinno, zarówno na poziomie treści teorii, jak też w metodologii tej nauki, zmierzać w tym właśnie kierunku.

 

2. Współczesna ekonomia, czyli futurologia bez ryzyka

Nie poddając głębszej analizie tego stwierdzenia możemy przyjąć, iż, z różnych względów, ekonomia traktowana jest społecznie inaczej, niż pozostałe nauki. Różnica sprowadza się głównie do oczekiwań, które ekonomiści i ich teorie (w odróżnieniu choćby do socjologów) powinni spełniać. W największym skrócie: mają oni dostarczać precyzyjnych predykcji (głównie o charakterze ilościowym) oraz legitymizować, swymi teoretycznymi koncepcjami, bieżące rozwiązania polityczno-gospodarcze. W pewnym sensie wytworzył się tu wręcz samopodtrzymujący mechanizm, skoro bowiem to ekonomia okazywała się najbardziej skuteczną we wspomnianych funkcjach nauką społeczną, decydenci głównie do niej kierowali pytania w kwestii konkretnych rozstrzygnięć praktycznych; to zaś z kolei zwrotnie wzmacniało obecną wewnątrz ekonomii tendencję do tego, aby formułować teorie mające – używając potocznego zwrotu – największe możliwości praktycznych zastosowań. Z tego też względu, obecna sytuacja wygląda mniej więcej tak, iż to ekonomiści w dużej mierze odpowiadają za kształt rozwiązań instytucjonalnych nie tylko w sferze gospodarczej, ale też prawnej, socjalnej i wielu innych2. Jak zauważają autorzy Ekonomii życia, „zarówno przedsiębiorcy, jak i rząd potrzebują wskazówek, których dostarczyć mogą jedynie ekonomiści. Szczególnie istotne są dla nich przewidywania dotyczące inflacji, globalnego zatrudnienia i wydajności, skutków reformy podatkowej, deficytów federalnych oraz innych zdarzeń, które mają wpływ na przyszły kształt gospodarki”4 ; niemniej na tym wpływ ekonomii na sferę społeczną się nie kończy bowiem, o ile makroekonomia dotyczy wspomnianych obszarów, o tyle mikroekonomia znalazła zastosowanie w rozwiązywaniu kwestii takich, jak dyskryminacja rasowa, przestępczość i prawo, rodzina, planowanie potomstwa, liczba i przyczyny samobójstw, czy wreszcie religijność i częstotliwość praktyk wyznaniowych4.

Co jednak ważne dla niniejszych rozważań i czego konsekwencje poddamy później głębszej analizie, wśród ekonomistów ugruntowało się ostatecznie przekonanie, że po pierwsze najistotniejszym sprawdzianem i wyznacznikiem wartości teorii jest jej moc predykcyjna5(czy, jeśli być złośliwym, zdolność do formułowania na ich podstawie atrakcyjnych dla decydentów wniosków) i po drugie, iż teorie te powinny być na tyle uniwersalne, aby „pomieścić” zagadnienia o pozornie całkowicie odmiennym charakterze. Pomijając kilka, być może istotnych, ale w tym kontekście drugorzędnych zagadnień z obszaru socjologii wiedzy, można stwierdzić, iż doprowadziło to do dość ciekawej sytuacji. Otóż, co jest raczej powszechnie wiadome, ekonomia stała się, szczególnie w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, domeną matematyków i ekonometryków. Z tego powodu w ekonomii pojawiły się i dominują obecnie modele o niezmiernie wysokim poziomie abstrakcji, które zarazem dostarczają bardzo precyzyjnych, ilościowych predykcji6. Tym samym, co też jest jednym z głównych skutków matematyzacji ekonomii, wbrew powszechnej w naukach społecznych tendencji, teorie ekonomiczne zmierzają do formułowania ogólnych praw o możliwie najbardziej uniwersalnej postaci i zakresie obowiązywania, które jednak – co tylko pozornie brzmi paradoksalnie – mają stricte empiryczny charakter. Wreszcie, co jest konsekwencją tych uniwersalistycznych dążeń, mimo ogromnej liczby konkurencyjnych podejść oraz podziału na mikro- i makroekonomię, większość rozważań dotyczy jedynie kilku, naprawdę istotnych zagadnień, względem których każda szanująca się teoria musi zająć stanowisko. Innymi słowy, różne koncepcje ekonomiczne, w całej swej mnogości, konstruowane są ostatecznie z niewielkiej liczby narzędzi teoretycznych, czy jeszcze inaczej rzecz tę ujmując, odnoszą do kilku pierwotnych dla dyskursu ekonomicznego idei.

Wszystko to z kolei pozwala – przynajmniej w części – wyjaśnić powody, dla których ekonomię w znacząco mniejszym stopniu dotknęły te rewolucyjne wydarzenia z obszaru filozofii nauki w szczególności, a także filozofii w ogóle, które sprawiły, że pozytywistyczny obraz świata i nauki legł w gruzach. Choć bowiem, ekonomiści deklarują świadomość idei, które pojawiły się wraz z Popperem, Lakatosem i Feyerabendem, nie zgłaszają też większych zastrzeżeń do twierdzeń o uteoretyzowaniu obserwacji, czy niemożności – z uwagi na tezę Duhema-Quine’a – przeprowadzenia experimentum crucis, w swej praktyce badawczej jednak nadal traktują ekonomię jako „twardą”, empiryczną naukę, której wartość oceniana jest poprzez konfrontację – formułowanych w oparciu o uniwersalne modele – teoretycznych wniosków z „surowym” materiałem empirycznym. Nie będzie więc błędem potraktowanie ekonomii, jako – bodaj ostatniego – pozytywistycznego (w rozumieniu nadanym temu terminowi przez Koło Wiedeńskie) projektu w obrębie nauk społecznych. Uważam, że takie podejście jest uprawnione (na co argumenty przedstawię jeszcze w dalszej części rozważań), choć można przypuszczać, iż niewielu z ekonomistów z tym przyporządkowaniem by się zgodziło.

Podobnie „krzywdzące” ujęcie proponuję względem samej treści i charakteru teorii ekonomicznych. Otóż, w tym względzie wydaje się zasadne, aby uznać, że dyskurs ekonomiczny dotyczy dwóch kluczowych pojęć, czy – jak kto woli – idei pierwotnych: racjonalności i równowagi. Innymi słowy uważam, że każda teoria ekonomiczna zajmuje jakiś stosunek względem nich, czy to przyjmując je w postaci wcześniej wypracowanej, czy przeformułowując je, czy wreszcie negując jedno lub oba naraz. Ogólnie zatem: teorie ekonomiczne zawierają, jako konstytutywne dlań elementy, jakąś z konfiguracji podwójnej dychotomii: równowaga-nierównowaga, racjonalność-nieracjonalność (na to swoiste tematyczne ograniczenie dyskursu ekonomicznego, wskazują zresztą sami ekonomiści7).

Ostatecznie zatem, mówiąc o współczesnej ekonomii należy odrzucić (lub – może lepiej – dla potrzeb niniejszych rozważań uznać za nieistotne) standardowe podziały na tzw. ortodoksję neoklasyczną i liczne teorie heterodoksyjne; z pewnymi zastrzeżeniami można też pominąć podział na mikro- i makroekonomię; na swego rodzaju „meta-poziomie” bowiem, ekonomia jawi się dziś jako dyskurs, zogniskowany wokół spornych, teoretycznych kwestii racjonalności (działań i oczekiwań) oraz równowagi (mikro- i makroekonomicznej), przy czym w większości jego uczestnicy, mimo różnych deklaracji filozoficzno-metodologicznych, przyjmują – explicitelub częściej implicite – jakąś z „prostszych” wersji ontologicznego i epistemologicznego realizmu8; co za tym idzie uznają, że ostatecznym sprawdzianem proponowanych przez nich teorii jest sprawdzian empiryczny ergo muszą one w jakiś sposób zostać skonfrontowane z doświadczeniem.

 

3. Czego ekonomiści woleliby nie wiedzieć

Stwierdzenie, iż w przypadku ekonomii możemy mówić o dyskursie, który konstytuuje się wokół dwóch kluczowych idei: racjonalności i równowagi9 i w którym nie poddaje się w wątpliwość możliwości empirycznego testowania – np. poprzez ich falsyfikację10 – wynikających z teorii wniosków (innymi słowy potraktowanie wielu przeciwstawnych sobie szkół i nurtów, jako elementów składowych pewnej zamkniętej całości), staje się możliwe, gdy przyjmie się orientację kulturalistyczno-konstruktywistyczną.

Przede wszystkim bowiem, nawet pobieżna znajomość głównych wątków toczących się we współczesnej filozofii nauki i poznania dyskusji, nie pozwala przejść obojętnie wobec stwierdzenia, iż „nauka jest faktem kultury, a nie natury. Oznacza to [z kolei], że winna ona być postrzegana jako działalność niepozbawiona przyjętych z góry, milczących przesądzeń co do natury świata, swoistego a priori kulturowego. Zarówno jej przedmiot, jak i metoda winny być [zatem] postrzegane w perspektywie konstruktywizmu społecznego jako kulturowe kreacje uzyskujące status ‚twardej rzeczywistości’ (przedmiot) i ‚pewnej metody’ [jedynie] w wyniku procesu zapomnienia swej kulturowej konstrukcji”11 . Z tego zaś wynikają dwie konkluzje. Po pierwsze, skoro, zgodnie z powyższym, „poznanie jest relacją wewnątrzkulturową i należy je rozpatrywać raczej jako proces horyzontalny, rozgrywający się wewnątrz pewnej wspólnoty ludzkiej, nie zaś wertykalnie jako proces odnoszący się do relacji podmiot-przedmiot”, to „na naukę i poznanie należy patrzeć w perspektywie historycznie zmiennych wzorów myślenia o tym, co istnieje, oraz o tym jak to, co istnieje powinno być poznawane”12. Po drugie zaś, jeśli przyjąć, że „przedmiot [i metoda – przyp. B.S] badań naukowych konstytuuje się dzięki i na gruncie różnorakich, zmiennych historycznie sądów kulturowych uwarunkowanych społecznie, [to] implikuje to zmienność przedmiotu […], jego niekonieczność, przypadkowość [oraz to, że] nie ma sensu odnoszenie – nawet w trybie hipotetycznym – naukowych przedmiotów badań do jakiejś rzeczywistości obiektywnej. Ta jest wszak tylko kulturowym konstruktem, jak inne. Nie ma [zatem] wyjścia poza krąg kulturowych obiektów (sądów, pojęć, gier językowych i innych)”13.

Powyższe podejście oznacza oczywiście rezygnację z absolutystycznych roszczeń do uniwersalnej Prawdy, niemniej – co trzeba zastrzec – nie jest równoznaczne z odrzuceniem możliwości poznania naukowego w ogóle. Zgodnie z nim bowiem, poznanie to nie odnosi się co prawda do jakiejś niezależnej, obiektywnej rzeczywistości, którą nauka ma odkrywać i która w pojęciach naukowych znajduje swe jedno-jednoznaczne odzwierciedlenie, ale jest możliwe jako swoiste „majsterkowanie zastanym materiałem kulturowym”. Jest to, innymi słowy, równoznaczne z odrzuceniem naiwnego realizmu epistemologicznego oraz scjentystycznego przekonania o istnieniu, jakiegoś rodzaju, pierwotnych aktów poznawczych oraz ostatecznych składników poznania14; zarazem jednak wiąże się z przyjęciem, iż nie ma wiedzy bezzałożeniowej, że źródłem założeń jest kultura, a także, iż pojęcia naukowe nie odnoszą się do – jakkolwiek ujmowanej – obiektywnej rzeczywistości, ale jedynie do innych pojęć.

Warto wskazać na jeszcze kilka implikacji takiego podejścia. Otóż przede wszystkim, skoro poznanie jest relacją wewnątrzkulturową, to kluczową rolę odgrywa w nim język. Ten zaś należy w tym kontekście postrzegać, jako „zbiór narzędzi społecznego działania oraz aktywny czynnik współkonstytuowania tego, co jest poznawane”15. To, tzw. antyreprezentacjonistyczne podejście sprawia, inaczej rzecz tę ujmując, że przestaje język być, jak określił to R. Rorty, zwierciadłem natury, a także, iż poznanie staje się procesem konstruowania (a nie odkrywania i językowego odzwierciedlania) swojego przedmiotu i tworzenia relacji międzypojęciowych (a nie relacji pojęcia-rzeczywistość obiektywna). Ponadto, ta kulturalistyczno-konstruktywistyczna perspektywa wyznacza odmienne (od scjentyzmu) ograniczenia dla tego, co można by określić dowolnością poznawczą. W paradygmacie scjentystycznym stanowiły je obiektywne „fakty natury”, tutaj zakreślone są one przez „nagromadzony materiał kulturowy” ergo granice poznania wyznacza określona rzeczywistość kulturowa, do której poznanie to jest zrelatywizowane. Jeszcze inaczej rzecz tę ujmując, idea absolutnej obiektywności poznania, której gwarantem jest niezależna od niego natura, zastępuje idea obiektywności względnej (czyli relatywnej wobec określonego otoczenia kulturowego). Wreszcie, przyjęcie tej perspektywy sprawia, że możliwe staje się pojmowanie nauki jako dyskursu, a zatem, że to kulturowe (językowe) zapośredniczenie poznania naukowego czyni je procesem stricte wewnątrzdyskursywnym. Uczestnicy tego dyskursu tworzą pojęcia, które odnoszą się do pojęć już w nim obecnych, przy czym każdy „ruch w tej grze” oznacza modyfikację przedmiotu poznania. Nauka staje się w ten sposób permanentnym procesem konstruowania swoistej siatki pojęciowej, która nie posiada żadnego – niezależnego od niej samej – niewzruszalnego fundamentu. Myśl tę dobrze oddał (niejako definiując konstruktywizm) W. Sady, stwierdzając iż „konstruktywizm to filozofia poznania analogiczna do kantyzmu, ale pozbawiona jakichkolwiek niewzruszonych podstaw. Za kantyzmem głosi, że nauka bada nie fakty ‚same w sobie’, ale fakty takie, jakie jawią się przez pryzmat przyjętego systemu pojęciowego. System ten konstytuują w kantyzmie sądy syntetyczne a priori, [tymczasem w konstruktywizmie] założenia są przyjmowane na mocy konwencji – umowy, jaką zawiera (zwykle podświadomie, a co najwyżej półświadomie) społeczność uczonych”16.

Reasumując mamy zatem sytuację, w której każda nauka jawi się przede wszystkim, jako dyskursywny, językowo zapośredniczony, proces konstruowania, przy pomocy zastanego (relatywnego i zmiennego) materiału kulturowego, teorii naukowych, których pojęcia i twierdzenia z kolei nie odnoszą się (przynajmniej bezpośrednio) do zewnętrznej względem dyskursu rzeczywistości, ale do innych, obecnych w tymże dyskursie, teorii. Ten wewnątrzdyskursywny i wewnątrzkulturowy charakter poznania naukowego zaś sprawia ostatecznie, że wszelka wiedza ma charakter założeniowy i nadbudowana jest na przyjętym arbitralnie zespole przeświadczeń i sądów.

Dla dalszych rozważań istotne jest jeszcze to, iż owo arbitralne, na mocy konwencji tylko oparte, przyjęcie założeń, równoznaczne jest ze swoistym metafizycznym ufundowaniem wszelkiej wiedzy naukowej. Ogólniej rzecz ujmując, jakiekolwiek rozstrzygnięcia w tej kwestii (nawet scjentystyczne przekonanie o istnieniu obiektywnej rzeczywistości i możliwości bezzałożeniowego jej poznania) sprowadzają się w ostateczności do aktów wiary i są równoznaczne ze stwierdzeniem, iż każda orientacja teoriopoznawcza, a także każda teoria naukowa, muszą postulować pewną ontologię17, dla przyjęcia której nie ma już żadnego innego (od aktu samego jej wyboru) uzasadnienia. W tym sensie rację ma S. Amsterdamski stwierdzając, że „koncepcja porządku […] stanowi w gruncie rzeczy założenie wstępne wszelkiego postępowania naukowego. Celem [zaś] nauki nie jest dowodzenie istnienia porządku […], a odkrywanie, na czym on, w jego poszczególnych fragmentach, polega”18; niemniej czym innym jest – i o to przede wszystkim chodzi konstruktywistom – postulowanie istnienia czegoś, czym innym zaś uznanie, że to coś obiektywnie istnieje, jest dokładnie takie, jak zakładamy i jeszcze, że możemy to coś bezpośrednio poznać19.

Zanim wrócę do rozważań dotyczących współczesnej ekonomii, chciałbym poczynić dwa, moim zdaniem, istotne zastrzeżenia. Otóż, po pierwsze, przyjęcie takiej właśnie, a nie innej orientacji filozoficzno-metodologicznej, wynika przede wszystkim z przeświadczenia, że jest ona bardziej obiecująca heurystycznie, niż orientacje względem niej alternatywne. Jest to oczywiście kryterium, które można podważać, niemniej – powtarzając wstępną deklarację – to właśnie tej orientacji niewystarczająca obecność w metodologii i teorii ekonomii jest tejże ekonomii najpoważniejszym niedomaganiem. Innymi słowy, chodzi o uniknięcie podejrzeń, iż krytyczne uwagi formułowane są na gruncie perspektywy światopoglądowej, która w żaden sposób nie jest w stanie przyczynić się do – jakkolwiek pojmowanej – poprawy sytuacji we współczesnej myśli ekonomicznej. Po drugie natomiast, ponieważ uważam że – o ile to możliwe – dla swoistej klarowności rozważań właściwe jest przyjęcie jakiejś, pojęciowo spójnej i jednolitej koncepcji (tak, aby niejako w jej języku wyrażać główne idee), postaram się w dalszej części konsekwentnie stosować terminologię L. Flecka filozofii nauki. Ma ona bowiem, jak się wydaje, poza oczywiście terminologiczną spójnością, jeszcze przynajmniej dwie zalety: z jednej strony pozwala, poniekąd „bez strat” znaczeniowych, operować w przedstawionym powyżej paradygmacie kulturalistyczno-strukturalistycznym, z drugiej zaś umożliwia wyostrzenie pewnych, najistotniejszych dla analizowanej sytuacji, elementów.

 

4. Czego ekonomiści prawdopodobnie nie wiedzą

Nie zamierzam oczywiście kompleksowo przedstawiać tu Fleckowskiej koncepcji, nie jest to możliwe zarówno z racji odmiennego celu niniejszych rozważań, jak też braku wystarczających kompetencji, wydaje się jednak, że niezmiernie pomocne mogą się okazać kluczowe dla tejże koncepcji pojęcia. W tym kontekście należy zatem przede wszystkim stwierdzić, że poglądy Flecka na relację nauka-społeczne otoczenie różnią się znacząco od – po dziś dzień obecnej w świadomości zbiorowej – Durkheimowskiej idei, wedle której „sytuacja społeczna wpływa [być może] na tematykę prowadzonych badań, jednak treść teorii naukowych [ma] być od uwarunkowań społecznych niezależna” (przy czym niezależność ta traktowana jest „wręcz jako warunek konieczny naukowości danej koncepcji”20). Według Flecka istotne jest właśnie to, że „ogromną większość tego, co wiemy, przejmujemy od innych, a treść wiedzy jest ‚swobodnym wytworem kultury’ i pod tym względem ‚przypomina tradycyjny mit'”21. Dla zrozumienia zatem nauki, jako pewnej kulturowej aktywności, fundamentalne znaczenie ma wskazanie źródła podstaw owej treści wiedzy. Według niego stanowią je kolektywy myślowe, definiowane jako „wspólnoty ludzi związanych wymianą myśli lub wzajemnym oddziaływaniem intelektualnym”. To kolektyw myślowy więc, „nadaje wiedzy jej charakter i określa prawa jej przeobrażeń”22, a dzieje się to ponieważ w jego ramach tworzy się określony styl myślowy. Ten z kolei oznacza „system przekonań wspólny członkom danego kolektywu”; innymi słowy, można go zdefiniować, jako „ukierunkowane postrzeganie wraz z odpowiednią obróbką myślową i rzeczową tego, co postrzegane; charakteryzują go wspólne cechy problemów, którymi kolektyw jest zainteresowany; sądów, które uważa za oczywiste; metod, których używa jako środków poznawczych”23.

Sytuacja wygląda zatem tak, iż kolektyw myślowy, ze specyficznym dlań stylem myślowym, tworzy niejako środowisko poznawcze, które należy postrzegać „nie tyle jako zbiór ograniczeń, jakie społeczność narzuca na nasze akty poznawcze, co jako zespół czynników jakąkolwiek działalność poznawczą umożliwiających: [po prostu] nie przyswoiwszy sobie odpowiedniego dziedzictwa kulturowego w ogóle nie jesteśmy w stanie w sensowny sposób postrzegać, myśleć i działać”24. Co w tej perspektywie raczej łatwo dostrzec, podstaw wiedzy nie stanowią oczywiście fakty (obiektywne i niezależne od aktów poznania), bowiem „dopiero dodanie do doznań zmysłowych pewnych założeń teoretycznych nadaje [tym] doznaniom sens”25; z tego też względu należy stwierdzić, że „nie ma innego widzenia jak ideowidzenie, […] że [zatem] przedmiot naukowy […] nie istnieje ‚sam z siebie’, ale zostaje zmontowany po uprzednim wypreparowaniu i zestawieniu poszczególnych elementów” 26, zgodnie z określonym stylem myślowym.

Koncepcja ta ma jeszcze kilka istotnych implikacji. Otóż przede wszystkim, skoro wszelkie poznanie – zarówno co do jego ukierunkowania, jak i treści – uzależnione jest od określonego stylu myślowego, to wszelka wiedza staje się relacją międzypojęciową: pojęcia odnoszą się nie do rzeczywistości, ale do innych pojęć. Jeszcze inaczej rzecz tę ujmując, zgodnie z powyższym „poznanie nie ma żadnego absolutnego punktu odniesienia w postaci zewnętrznie istniejącej realności – wiedza odnosi się do wiedzy”27. Tym samym, fakt naukowy wręcz nie może być tym, co jest dane i co można odwzorować w zdaniach obserwacyjnych28, ale jest konstruowany i – zgodnie z tytułem głównego dzieła Flecka – powstaje i rozwija się w ramach danego stylu myślowego. W tym sensie „fakt naukowy możemy prowizorycznie zdefiniować jako odpowiadającą stylowi myślowemu strukturę pojęciową, którą wprawdzie można badać z historycznego, indywidualnie i kolektywnie psychologicznego punktu widzenia, ale której nigdy w całej jej treści nie da się na podstawie takiego podejścia skonstruować”29. Jest to zatem „związek pojęć”, który niejako narasta i który nigdy nie zostanie ostatecznie doprecyzowany, a dzieje się tak ponieważ stanowi on przedmiot dyskursu toczącego się nieustannie w ramach określonego stylu myślowego. Co istotne, nie ma żadnej możliwości dokonania racjonalnej rekonstrukcji procesu, zarówno wzrastania pojedynczego faktu, jak też całego stylu; przede wszystkim dlatego, iż ich źródło stanowią, pochodzące „z szeroko pojętego otoczenia kulturowego” praidee30 głównych pojęć i koncepcji, te zaś same w sobie stanowią jedynie mgliste i na poły mityczne przeświadczenia i wizje, a ponadto „do powszechnego obiegu wchodzą […] pojęcia, które w istotnym stopniu są […] wytworem niezliczonych aktów komunikowania się [i] którym towarzyszą [w związku z tym] nieuniknione nieporozumienia”31. Z jednej strony więc, koncepcje naukowe i fakty jako ich składowe, dziedziczą pewien element metafizyczny i „nieracjonalny” od praidei, z drugiej – co również czyni ewentualną racjonalną rekonstrukcję ich tworzenia niemożliwą – są one produktem narażonego na błędy procesu komunikacji32.

Tutaj dochodzimy do kolejnej istotnej kwestii: otóż, w związku z powyższym stwierdzić musimy, iż zarówno fakty naukowe, jak też całe koncepcje teoretyczne w ramach danego stylu myślowego powstające, mają charakter stricte wewnątrzdyskursywny. Innymi słowy, ich istnienie i prawomocność nie wynikają z, jakkolwiek pojmowanej, relacji z rzeczywistością względem dyskursu zewnętrzną. Co ważne w tym kontekście, a co słusznie zauważa P. Jarnicki, „określanie faktu jako związku pojęć, a nie jako obwarowanego konkretnymi warunkami związku z realnością, nie prowadzi […] do wprowadzenia do nauki całkowitej dowolności, ale [jedynie] uwewnętrznia czynniki je ograniczające w samym dyskursie”33. Swego rodzaju „przymus myślowy” (który u Flecka spełnia rolę substytutu pojęcia prawdy34) pojawia się więc, nie w wyniku oddziaływania owej realności, ale wynika z – i pozostaje zrelatywizowany wobec – konkretnego stylu myślowego ergo „coś” jawi się nam tak, a nie inaczej (i zarazem wydaje się być takim w sposób konieczny), wyłącznie w rezultacie stylowego zdeterminowania naszej aktywności poznawczej. Innymi słowy wrażenie, iż w poznaniu obcujemy, mniej lub bardziej bezpośrednio, z realnością jest jedynie wrażeniem właśnie, gdyż „poznać znaczy […] przede wszystkim – według danych założeń ustalić narzucające się siłą rzeczy rezultaty. Założenia odpowiadają czynnym powiązaniom i stanowią kolektywną część poznania. Wymuszone rezultaty odpowiadają powiązaniom biernym i tworzą to, co jest odczuwane jako obiektywna rzeczywistość [podkr.- B.S.]. Udziałem zaś jednostki jest akt stwierdzenia”35.

Ostatecznie należy więc, podsumowując tę część rozważań – stwierdzić, że Flecka filozofia nauki bazuje na stwierdzeniu, iż „bez społecznego uwarunkowania poznanie byłoby w ogóle niemożliwe oraz […], że słowo ‚poznanie’ zachowuje swoje znaczenie jedynie w związku z pewnym kolektywem myślowym”36. Koncepcje naukowe wzrastają w myśl tej koncepcji w ramach specyficznego dla danego kolektywu stylu myślowego, a „tworzywem” z którego powstają jest w dużej mierze „nienaukowy” materiał kulturowy. Wreszcie, dyskursywny charakter tego procesu „wzrastania” sprawia, że po pierwsze wszelkie fakty naukowe mają charakter wewnątrzdyskursywny (stanowią jedynie związki pojęć i nie odnoszą się w związku z tym do realności pozadyskursywnej) i po drugie, że „niemożliwy jest kompletny aksjomatyczny budynek wiedzy”37 (dyskurs ów bowiem nie poddaje się racjonalnej rekonstrukcji i nigdy nie zostaje „domknięty”).

 

5. Ekonomia przez Fleckowskie okulary, czyli jednak mamy trupa w szafie

Wyjaśnienie specyfiki paradygmatu kulturalistyczno-strukturalistycznego i wprowadzenie Fleckowskiej terminologii stanowiło być może nadmierne odejście od głównego tematu niniejszych rozważań, niemniej wydaje się iż było nieodzowne. Przede wszystkim dlatego, że spojrzenie z tej perspektywy na ekonomię stoi w sprzeczności ze standardowymi ujęciami tej problematyki, więc bez poczynionych wyjaśnień prowadziłoby do wielu nieporozumień, a ponadto – nawet w tzw. nurcie retorycznym metodologii ekonomii – większość z wprowadzonych pojęć i koncepcji nie jest szczególnie obecna; nie można by nimi było z tego względu swobodnie operować.

Co więcej, myślę że nakreślona perspektywa pozwala zrozumieć poczynione już wcześniej uwagi na temat ekonomii. Zgodnie z nimi ekonomia współczesna, posługując się abstrakcyjnymi matematycznymi i ekonometrycznymi modelami, w których kluczową, konstrukcyjną wręcz rolę odgrywają pojęcia równowagi i racjonalności, zmierza do formułowania możliwie najbardziej precyzyjnych predykcji. Schemat jest podobny zarówno wtedy, gdy wyjaśniane są kwestie makroekonomiczne (stan gospodarki, wzrost, bezrobocie, inflacja), jak też mikroekonomiczne (funkcjonowanie konsumenta, przedsiębiorstwa, rynku, rodziny, wspólnoty wyznaniowej itp.). Nawet ewentualne odstępstwa, w rodzaju heterodoksyjnego sceptycyzmu wobec matematycznego modelowania, nie powodują znaczącej zmiany sposobu myślenia; to pozostaje w jakiejś relacji (czy poprzez negację, czy akceptację, ewentualnie modyfikację) z problematyką racjonalności działań oraz równowagi. Ponadto, abstrakcyjny charakter modelowych konstrukcji, w naturalny sposób determinuje uniwersalny charakter wszelkich twierdzeń, a tym samym czyni konkretne uwarunkowania społeczno-kulturowe nieistotnymi; te ostatnie występują, co najwyżej jako ograniczenia w ogólnym i niezależnym względem nich schemacie. Wreszcie, nawet jeśli ekonomiści mają wątpliwości, co do „realistyczności” założeń swoich teorii i są świadomi abstrakcyjnego charakteru modeli, to właściwie w żaden sposób nie negują możliwości sprawdzania wniosków swoich rozważań z doświadczeniem. W tym sensie uznają, że modele ekonomiczne są w istocie abstrakcją z rzeczywistości (w której występują zależności o uniwersalnym charakterze), a ta w nieproblematyczny sposób dostarcza materiału empirycznego, pozwalającego z kolei na weryfikację czy falsyfikację hipotez38. Jak łatwo dostrzec, takie podejście musi wiązać się z akceptacją nomologiczno-dedukcyjnego modelu wyjaśniania naukowego, przy czym, uściślając, ekonomiści przyjmują, iż w eksplanansie takiego modelu występują albo prawa bezwyjątkowe, albo – co częstsze – probabilistyczne39.

Powyżej stwierdziłem również, że ekonomię można w związku z tym traktować jako ostatni z neopozytywistycznych projektów w obrębie nauk społecznych. Oczywiście nie chodzi tu o wyrażane explicite deklaracje metodologiczno-filozoficzne, gdyż takowych ekonomiści nie składają, niemniej przekonanie (implicite zawarte w praktyce badawczej), iż w nauce możemy obcować, w jakikolwiek sposób, z „surowym” materiałem empirycznym (choćby tylko w postaci „danych”, które pozwalają na testowanie teorii) i że możliwe jest formułowanie praw, które abstrahują od kulturowo-społecznych uwarunkowań i mają ahistoryczny charakter, tezę o neopozytywistycznych zapatrywaniach ekonomistów zdają się potwierdzać. Można do tego dodać trzeci argument; otóż, jak zauważa M. Peacock „to, że obojętność wobec metafizyki nie jest niczym nowym można zaobserwować było już u tych, których Kant nazwałdie Indifferentisten, a którzy dostrzegali w metafizyce jedynie ‚błędnie ukierunkowaną aktywność’ (ill-applied industry). Dzisiejsi ekonomiści odziedziczyli tę tradycję, jednakże poprzez swoją obojętność, tak jak indyferentyści Kanta, nieuchronnie popadają w metafizyczne twierdzenia, dla których zadeklarowali tyle pogardy”40. Inaczej rzecz tę ujmując, analogicznie do Wittgeinsteinowskich zaleceń z Tractatus logico-philosophicus, by unikać mówienia o tym, o czym trzeba milczeć, gdyż „naukowo” mówić się o tym nie da, formułują ekonomiści tezy, które – mając być wolne od wszelkiej metafizyki – są nieuchronnie metafizyczne (przykładowo nie da się stwierdzić, że na jakimś rynku istnieje czy ma miejscestan równowagi tak, by nie było to stwierdzeniem częściowo metafizycznym).

Warto rozdzielić tu dwie implikacje powyższego podejścia, by wykazać, iż każda z nich – poprzez ignorowanie kulturowo-społecznych uwarunkowań, zarówno samych teorii jak i funkcjonowania podmiotów gospodarczych – prowadzi współczesną ekonomię, by użyć kolokwialnego zwrotu, na manowce. Z jednej bowiem strony, ekonomiści uznają teorie w swojej dziedzinie za tym bardziej wartościowe, im bardziej zaawansowane narzędzia matematyczno-ekonometryczne zostały użyte do ich sformułowania41; z drugiej, co niekoniecznie zawsze idzie w parze z matematyczną precyzją, są przeświadczeni, że ich twierdzenia odnoszą się do rzeczywistości raczej bezpośrednio i w związku z tym właśnie, jest możliwe ich empiryczne testowanie.

W odniesieniu do pierwszej z tych dwóch kwestii można stwierdzić, iż trudno znaleźć w naukach, włączając w to nauki przyrodnicze, w szczególności fizykę, przykład takiego przywiązania do stosowanych narzędzi, jak to ma miejsce w ekonomii. Wedle znanej wypowiedzi P. Samuelsona, noblisty i twórcy syntezy neoklasycznej, uznawanej po dziś dzień za ekonomiczną ortodoksję, „dla kogoś posiadającego zdolności analityczne, i na tyle spostrzegawczego, że zdawał sobie sprawę, iż wyposażenie matematyczne było w ekonomii potężnym mieczem, świat ekonomii w 1935 r. był jego ostrygą”42. Można jedynie dodać, iż od tamtego czasu, jeśli cokolwiek uległo zmianie, to jedynie to, że zaawansowanie matematyczne w ekonomii wzrosło niepomiernie. W skrajnej postaci, której reprezentantem jest między innymi noblista K. Arrow, formalizm w ekonomii zaszedł na tyle daleko, iż nawet „uczeni fizycy byli zdumieni odkryciem, jak matematycznie rygorystyczni są ekonomiści teoretyczni. Fizykę uważa się na ogół za najbardziej matematyczną ze wszystkich nauk, lecz pobiła ją nowoczesna ekonomia. Palmer, fizyk skondensowanej materii mówi, że ekonomiści stosują dużo więcej ‚ekstrawaganckiej matematyki’ i trudnych do zrozumienia oznaczeń niż fizycy”43. Nie bez złośliwości, jednak zasadnie P. Mayer – krytykując to podejście – stwierdza, że „niektórzy prawdopodobnie zakładają, całkiem błędnie, że twierdzeń obciążonych ideologicznie i nierozsądnych nie można wyrażać w formie równań” oraz, że „matematyka jest jednym z wielkich osiągnięć ludzkości i dlatego jej stosowanie wywołuje dobre samopoczucie”44; to jego zdaniem sprawia, że w ekonomii sięga się do „skomplikowanej teorii nawet wówczas, gdy dyskutuje się o prostych zagadnieniach możliwych do rozwiązania i bez tego”45.

Według tego autora, stosowanie wyrafinowanych technik matematycznych przy konstruowaniu modeli i teorii, służy w ekonomii realizacji jeszcze jednego celu. Mianowicie „matematyką można łatwo zamknąć usta większości nieekonomistów wypowiadających się na dany temat w sposób pompastyczny. Ekonomia […] posługuje się [więc] matematyką jako barierą przeciwko krytyce ze strony niedokształconych”46.

Powstaje jednak pytanie: w jaki sposób wytłumaczyć to przywiązanie do technik i narzędzi matematycznych, skoro zawodzą one nawet wówczas, gdy ekonomiści za ich pomocą pragną osiągać cele przez samych siebie deklarowane? Otóż, w perspektywie kulturalistyczno-konstruktywistycznej wyjaśnienie zdaje się być stosunkowo proste i zarazem przekonujące. Mamy tu bowiem do czynienia z kolektywem myślowym, w którym, świadomie bądź nie, przyjmuje się kilka przesądzeń o stricte metafizycznym charakterze, ich przyjęcie zaś stanowi uprawomocnienie i fundament dla określonego stylu myślowego. Co oczywiście istotne, żadne z tych rozstrzygnięć nie ma jakiegokolwiek związku z – tradycyjnie pojmowaną – racjonalnością naukową, przesądza jednak o standardach metodologicznych, które w ramach kolektywu są za racjonalne i naukowe uznawane.

Przede wszystkim należy więc w tym kontekście powtórzyć, iż owo przywiązanie do narzędzi i technik matematycznych oraz pozytywne waloryzowanie tych teorii, które operują na możliwie najwyższym poziomem abstrakcji, wynika z przyjmowania – używając Holtona koncepcji themata – epistemologicznej themy, w myśl której: „teoria w ekonomii musi mieć naturę matematyczno-dedukcyjną”47. Wiąże się to z faktem (co w jeszcze większym stopniu uprawdopodabnia tezę o neopozytywistycznym charakterze współczesnej ekonomii), uznawania tez „naturalizmu metodologicznego, wedle którego we wszystkich dyscyplinach naukowych obowiązują takie same metody, a wzorca postępowania badawczego dostarcza rozwinięte przyrodoznawstwo”48, z fizyką współczesną na czele. Innymi słowy, ekonomiści, których Mayer nazywa formalistami, kultywują mocno już nadwątlone przekonanie, iż ideału „metody naukowej” należy upatrywać w fizyce, a o stopniu „naukowości” świadczy przede wszystkim zaawansowanie w stosowaniu narzędzi matematycznych.

 

6. Czy modelowanie może się komuś znudzić?

Oznacza to zatem – używając Fleckowskiej terminologii – że styl myślowy warunkujący aktywność poznawczą we współczesnej ekonomii, wykształcił się na gruncie praidei „nauki”, która w myśli filozoficznej obecna jest od starożytności, a której formalizacji dokonali neopozytywiści Koła Wiedeńskiego. Interesujące jest oczywiście, w jaki sposób i dlaczego akurat te idee filozoficzno-metodologiczne wywarły tak znaczący wpływ na styl myślowy ekonomistów teoretycznych49, niemniej bardziej istotne są konsekwencje tego rozstrzygnięcia. Te bowiem pozwalają w jeszcze lepszy sposób uzasadnić prawomocność zastosowania Fleckowskich pojęć do współczesnej ekonomii.

W tym kontekście warto przytoczyć wspomnienia A. Klamera, jednego z głównych przedstawicieli retorycznego nurtu w metodologii ekonomicznej, który w przekonujący sposób tłumaczy swoje rozczarowanie opisywanym stanem ekonomii: „najpierw frustracja pojawiła się, gdy odkryłem, że cała ekonometria [stosowana w ekonomii – przyp. B. S.] sprowadzała się do algebry liniowej i statystyki matematycznej. Zagadnienia ekonomiczne z trudem zaś przebijały się w dyskusjach. Moi koledzy byli raczej zainteresowani problemami dopasowania i spójności niż problemem bezrobocia. Następny powód do frustracji stanowiło odkrycie, że ekonometrycy tak naprawdę nie wiedzą, co dzieje się w realnym świecie. Skupiali się na ‚swojej’ regresji, ale nie formułowali żadnych teoretycznych rozwiązań. Niekonkluzywność badań nie stanowiła dla nich problemu, gdyż byli zajęci wyłącznie problemami matematycznymi. […] Sfrustrowany zwróciłem się do makroekonomii i tu pojawił się kolejny powód do frustracji. Makroekonomia okazała się być polem bitwy, na którym marksiści i postkeynesiści próbowali zdetronizować dominującą doktrynę neokeynesowską. […] Gdy mój profesor przyznał więc, że ekonomia jest w całości ideologią, jedynie potwierdził to, co sam zacząłem podejrzewać”50. Sytuacja wygląda więc w ten sposób, iż prymat neopozytywistycznej wizji nauki, sprawił że w ekonomii stosowane techniki stały się, albo „sztuką dla sztuki”, albo – co pewnie bardziej niebezpieczne – narzędziem ideologicznej walki. Tak czy inaczej, można stwierdzić, że „przyswojone z zewnątrz” idee, na tyle wpłynęły na styl myślowy ekonomistów, że nawet w sytuacji, w której w filozofii nauki idee te zostały zdyskredytowane, nie są oni w stanie ich porzucić. Jest to o tyle stan zastanawiający, że podejście to doprowadziło ich do tego samego rodzaju problemów, które stały się powodem upadku neopozytywistycznej metodologii w innych naukach. Jak zauważa bowiem Mayer, „stosowanie matematyki nie jest jedynym sposobem dokumentowania przez ekonomistów swojego podobieństwa do nauk fizycznych. Twierdzą oni również – co jest raczej problematyczne – że są zwolennikami pozytywistycznej metodologii oceniania hipotez na podstawie trafności wyprowadzonych z nich prognoz, co identyfikują z ‚metodą naukową'”51. Problematyczność owa oznacza w tym miejscu to, iż bardzo precyzyjne ilościowe predykcje wyprowadzane z teorii nie znajdowały potwierdzenia w „danych” empirycznych, co – wiedząc jakich kłopotów nastręcza, nawet wyrafinowany falsyfikacjonizm – dziwić nie powinno.

Zatem, innymi słowy, „dobrego samopoczucia” nie psuła ekonomistom nie tylko niekonkluzywność ich teorii, gdyż byli w stanie przejść także do porządku, nawet nad problemem niemożności empirycznego testowania formułowanych przez nich hipotez52. Postawa ta jednak, wedle tradycyjnych standardów zupełnie irracjonalna, staje się całkowicie zrozumiałą, właśnie w świetle koncepcji kolektywów myślowych. Otóż, według Flecka „jeśli uformuje się rozbudowany, zamknięty system przekonań składający się z wielu szczegółów i relacji, to stawia on opór wobec wszystkiego, co mu przeczy. […] Nie chodzi tu tylko o lenistwo lub o ostrożność w stosunku do nowości, ale o aktywny sposób działania, który przebiega przez kilka etapów.

  • sprzeciw wobec systemu wydaje się nie do pomyślenia.
  • To, co nie jest zgodne z systemem, pozostaje niezauważone lub
  • pominięte milczeniem, nawet wówczas, jeśli jest znane, lub też,
  • dokonuje się olbrzymiego wysiłku, aby wytłumaczyć, że wyjątek nie jest sprzeczny z systemem.
  • Wbrew uzasadnionym, sprzecznym poglądom widzi się, opisuje i nawet przedstawia stany rzeczy, które odpowiadają panującym poglądom, tzn. które jak gdyby stanowią ich realizację”53.

Można powiedzieć, że ekonomiści w dużej mierze postępują według tej procedury. Przede wszystkim, nie byli w stanie porzucić paradygmatu neopozytywistycznego, ponieważ w momencie, w którym było już oczywiste, iż w filozofii utracił on dominującą pozycję, zmatematyzowana, „skrojona” zgodnie z kanonami naturalizmu metodologicznego, ekonomia stanowiła już utrwalony styl myślowy. Ponadto, wypracowali – zgodne ze tym stylem myślowym – metody radzenia sobie z elementami, które do ich teorii „nie pasują”, zazwyczaj bowiem „podejmując ważny problem praktyczny, opracowują przede wszystkim te jego aspekty, które można sformalizować i tym samym potraktować w sposób rygorystyczny. Inne aspekty problemu załatwiają następnie przez machnięcie ręką”54, czy – co brzmi może lepiej, ale oznacza to samo – uznają za modelowo nieistotne.

W tym sensie zatem, ekonomia stanowi ukształtowany już styl myślowy, a więc członkowie kolektywu ów styl podzielający nie tyle nie chcą, co nie są w stanie dostrzec coraz liczniejszych anomalii55. Ich aktywność poznawcza, jeszcze inaczej rzecz ujmując, zdeterminowana jest przez wyznawane reguły i odnosi się raczej do pojęć i koncepcji obecnych w ekonomicznym dyskursie, niż w jakikolwiek sposób „dotyka realności”.

 

7. Jaki jest koń każdy widzi, czyli rynek jest nawet tam, gdzie go nie ma

Jak łatwo zauważyć, powyższe uwagi dotyczyły raczej, wyznawanej przez kolektyw myślowy ekonomistów, metodologii. Skupienie uwagi na formalistycznym nurcie tego kolektywu miało na celu ukazanie, iż jest to metodologia, której trwanie daje się uzasadnić tylko poprzez odwołanie się do pozaracjonalnych – w tradycyjnym sensie tego słowa – czynników. Pozostaje jednak jeszcze kwestia treści koncepcji teoretycznych, które ekonomiści konstruują i które stanowią przedmiot ekonomicznego dyskursu. Ma to tym większe znaczenie, iż – jak zasygnalizowałem wcześniej – nie wszyscy ekonomiści, nawet w tzw. głównym nurcie, skupiają uwagę na technikach i narzędziach matematycznych, a są skłonni raczej podkreślać empiryczne znaczenie swoich teorii.

W tym kontekście zacznę od stwierdzenia, wedle którego – używając wypracowanego przez Mayera podziału – zarówno nurt formalistyczny, jak też empiryczno-naukowy, stanowią składniki tego samego kolektywu myślowego; inaczej co prawda rozkładają się w ich podejściu akcenty, niemniej rdzeń tych podejść jest wspólny. Oba wyrastają bowiem na gruncie dwóch, kluczowych dla ich istnienia praidei, które w taki, czy inny sposób, poddane zostały formalizacji i stanowią obecnie – uznawane w koncepcjach ekonomicznych – fakty naukowe. Chodzi tu o pojęcia równowagi i racjonalności działania, które swój byt zawdzięczają: pierwsza praidei „niewidzialnej ręki”, druga zaś koncepcji dbającej o własny interes jednostki56. Różnica pomiędzy formalistami i empirykami polega jedynie na tym, że ci pierwsi skupiają uwagę prawie wyłącznie na – czysto formalnej – możliwości spełnienia warunków równowagi i konstruowaniu modeli zakładających pełną racjonalność, drudzy natomiast zaczynają od przyjęcia, iż zarówno równowaga, jak też racjonalność są po prostu koniecznymi założeniami we wszelkich rozważaniach ekonomicznych i jeśli tylko chcemy uzyskiwać empirycznie skuteczne predykcje, musimy je zaakceptować. W obu jednak przypadkach, przynajmniej w zasadzie, praca teoretyczna ma zmierzać do sformułowania wniosków poddających się empirycznemu testowaniu, w obu też występuje tendencja do konstruowania teorii o właściwie uniwersalnym zasięgu. Jeszcze inaczej rzecz tę ujmując, jedni i drudzy uznają, iż wartościowe są te teorie, które mają możliwie najbardziej sformalizowaną postać i z których daje się wyprowadzić precyzyjne predykcje, przy czym formaliści przywiązują szczególną wagę do owej „sformalizowanej postaci”, a empirycy do predykcji.

Pozostaje zatem wyjaśnić, dlaczego to empiryczne, a więc – przynajmniej deklaratywnie – skupione na przewidywaniu zjawisk podejście, również skazane jest na niepowodzenie. Uznając za paradygmatyczne dla tego podejścia – co z racji znaczenia we współczesnej ekonomii wydaje się zasadne – poglądy szkoły chicagowskiej, skupionej wokół noblistów M. Friedmana i G. Beckera57, można stwierdzić, iż błąd sprowadza się w ostateczności do przekonania, iż rzeczywistość stanowi źródło jednoznacznie rozstrzygających „danych”, które pozwalają na testowanie teoretycznych hipotez.

Zanim jednak tę tezę omówimy szczegółowo, warto zwrócić uwagę na kilka równie istotnych elementów tego podejścia. Otóż, o ile formaliści bronią neopozytywistycznego paradygmatu nauki, poprzez modelowe wzmacnianie roli elementów poddających się ilościowym pomiarom i jednoczesne umniejszanie roli tych, które sprawiają w tym względzie trudności, o tyle empirycy skupiają uwagę na nadaniu swoim założeniom możliwie najbardziej uniwersalnego zakresu obowiązywania. Założenia te najściślej przedstawił G. Becker, porządkując je wedle ich ważności; są to zatem: „1) maksymalizujący charakter zachowań ludzkich; 2) występowanie rynków, rynków faktycznych albo swoistych ‚rynków cieni’ (shadow-markets), ‚charakteryzujących się rozmaitym stopniem skuteczności i koordynujących działania różnych uczestników’, a także kształtowanie się na tych rynkach ceny lub cen (cen faktycznych lub ‚cen-cieni’), odpowiadających stanowi równowagi; 3) stałość preferencji”58. Widać tu, w sposób niebudzący zastrzeżeń, iż pojęcia równowagi i racjonalności (pod postacią działań maksymalizujących) odgrywają w tym podejściu rolę kluczową. Ponadto, co w kontekście głównego wątku rozważań istotne, z natury swej założenia te abstrahują, czy raczej owo abstrahowanie ułatwiać mają, od kulturowo-społecznych uwarunkowań działań jednostkowych i funkcjonowania – w tym ujęciu bardzo szeroko rozumianych – rynków. Wreszcie, równie oczywiste być musi, iż są te założenia niczym innym, niż – po Fleckowsku rozumianymi – faktami naukowymi i stanowią uteoretyzowaną i sformalizowaną wersję, praideowych przekonań o funkcjonowaniu „niewidzialnej ręki” i egoistycznym charakterze działań jednostkowych.

Symptomatyczne jest – i w tym względzie warto poczynić dygresję – w jaki sposób Becker przyjmuje stałość preferencji. Otóż zakłada ją „poniekąd ‚z braku laku’ [oraz dlatego, że] ekonomiści [_] dotychczas w gruncie rzeczy niewiele mieli do powiedzenia na temat preferencji i w zasadzie oczekują dokładniejszych informacji od przedstawicieli innych dyscyplin”59. Niemniej, „przyjąwszy jednak raz to założenie, stara się on wyciągnąć stąd maksimum korzyści [bowiem], swoją analizę satysfakcji czy dobrobytu konsumenta rozszerza na problemy wykraczające znacznie poza elementarny schemat paretowskiej substytucji chleba i wina”60. Innymi słowy, rozstrzygnięcie to ma stricte arbitralny charakter, a „oczekiwanie informacji” ze strony innych dyscyplin ma tu niewielkie, o ile w ogóle jakiekolwiek, znaczenie; ważne jest natomiast, iż „wprowadzenie takich kategorii, jak ‚środowisko społeczne’, i ‚dochód społeczny’, ‚troska’ o interes bliźniego, czy wreszcie ‚wartość przeżycia’ [co najwyżej] wzbogaca koncepcję skali preferencji”61.

Wracając natomiast do głównego w tym momencie wątku, należy stwierdzić, iż według Beckera „bezwzględne i konsekwentne posługiwanie się kombinacją tych założeń (maksymalizującego charakteru zachowań, równowagi rynkowej i stałości preferencji) stanowi istotę podejścia ekonomicznego”62. Dochodzi ostatecznie do wniosku, że „w gruncie rzeczy […] podejście ekonomiczne jest podejściem najszerszym, dającym się zastosować do wszelkich zachowań ludzkich [podkr. B.S.] niezależnie od tego, czy chodzi o reakcje na ceny pieniężne czy kalkulacyjne ‚ceny-cienie’, o decyzje powtarzające się czy podejmowane bardzo rzadko, o decyzje ważne czy mniej ważne, o cele o charakterze emocjonalnym czy mechanicznym, o osoby bogate czy ubogie, o mężczyzn czy o kobiety, o dorosłych czy o dzieci”63; w tym sensie przyjmuje po prostu, że „w odniesieniu do wszelkich w ogóle zachowań ludzkich należy zakładać, że ich uczestnicy maksymalizują swoją użyteczność na podstawie jakiegoś układu stałych preferencji i gromadzą optymalny zasób informacji oraz innych nakładów występujących na rozmaitych rynkach”64.

W tym miejscu, bez złośliwości, można jedynie stwierdzić, że Becker (w odróżnieniu od ekonomistów, którzy w mało przekonujący sposób próbują dokonywać rozgraniczeń na działania ekonomiczne i nieekonomiczne) jest przynajmniej konsekwentny w swoim podejściu; tym łatwiej pozwala to zidentyfikować stylowe ograniczenia, jakim podlega owo ekonomiczne podejście. Przede wszystkim bowiem, z całą mocą ujawnia się tu specyficzne dla ekonomicznego kolektywu postrzeganie rzeczywistości społecznej. Najlepiej sprawę z tego zdaje D. N. McCloskey, który w artykule Methaphors economists live by65 stwierdza, że „gdy ekonomiści patrzą, dajmy na to, na opiekę nad dziećmi, myślą o rynku. ‚Opieka nad dziećmi’ – która dla innych ludzi jest częścią kontroli społecznej lub […] problemem dla nowych rodziców – dla ekonomistów wygląda jak nowojorska giełda. Poprzez wybór metafory ekonomiści są bowiem zdeterminowani do identyfikowania wszędzie krzywych popytu i krzywych podaży oraz cen. Jeśli należą do głównego, neoklasycznego nurtu, będą widzieli ‚racjonalne’ zachowania na rynku; jeśli są marksistami, instytucjonalistami lub ekonomistami szkoły austriackiej, zobaczą inne rzeczy, ale w każdym wypadku poprzez metaforę rynku”66. Inaczej rzecz ujmując, to nie „realność” wymusza na ekonomistach takie postrzeganie rzeczywistości, ale tworzone i uznawane przez nich fakty, w postaci istnienia quasi-rynków w sferze choćby wspomnianej opieki nad dziećmi, są jedynie efektem stylowego zdeterminowania działalności poznawczej. Jawią się więc im one jako nieodparte, bierne powiązania i, w tej perspektywie, można jedynie stwierdzić, że „ich udziałem jest jedynie akt stwierdzenia”.

Dla kogoś, kto tego podejścia nie zna, może ono wydawać się nad wyraz dziwaczne, lecz dla ekonomistów jest czymś naturalnym. Chcąc jednak dokonane ustalenia wzmocnić dodatkową argumentacją, warto wskazać na – dość istotne dla trwałości tego kolektywu – elementy stylu myślowego. Zacznę więc od tego, że mechanizm obronny, stosowany przez ekonomistów w celu podtrzymania obowiązującej ortodoksji, opiera się na ignorowaniu (zgodnie z wcześniej omówioną procedurą) elementów z systemem sprzecznych. Jak stwierdza Klamer „nawet mimo tego, że smok scjentyzmu został pokonany, wielu ekonomistów, nie dostrzegając tego faktu, kontynuuje swoją pracę, tak jakby metodologiczne dyskusje nie miały miejsca”67. Ponadto, stylowo ukierunkowane postrzeganie sprawia, że potrafią oni elementy niezgodne z systemem wyjaśniać tak, że stają się one jego częścią. Przykładem może być teoretyczna reakcja na załamanie się znanej powszechnie – jako krzywa Phillipsa – zależności pomiędzy bezrobociem i inflacją68. Kiedy bowiem okazało się, iż substytucyjność pomiędzy tymi dwoma wielkościami nie daje się już dłużej utrzymać, Friedman zaproponował tzw. długookresową krzywą Phillipsa, wedle której – w największym skrócie – substytucyjność ma charakter jedynie krótkookresowy, w długim zaś okresie nie występuje69. Niezgodność została więc „wchłonięta” przez system i wyjaśniona przy pomocy narzędzi dla niego specyficznych: rozwiązanie daje się przedstawić, tak jak koncepcję wyjściową, w dwuwymiarowym układzie współrzędnych.

 

8. Przewidzieć można wszystko, a nawet więcej

Fundamentalne znaczenie dla trwałości kolektywu mają jednak, jak się wydaje, dwa elementy, które z jednej strony sprawiają, że ekonomiści czują się zwolnieni z uwzględniania jakichkolwiek uwarunkowań społeczno-kulturowych (zarówno w odniesieniu do własnych teorii, jak też dziedziny, którą poddają badaniu), z drugiej jednak powodują, że ich koncepcje cechuje heurystyczna jałowość. Pierwszym z tych elementów są uniwersalistyczne roszczenia teorii ekonomicznych, które przy okazji przedstawiania Beckera podejścia ekonomicznego zostały scharakteryzowane. Łatwo dostrzec, że skoro podejście to daje się zastosować w odniesieniu do „wszelkich działań ludzkich”, to konkretne uwarunkowania kulturowe i społeczne nie mogą mieć żadnego istotnego znaczenia. Podobnie rzecz przedstawia się w odniesieniu do, stanowiącej jeden z głównych składników konstrukcyjnych (czy używając Fleckowskiej terminologii – czynnych powiązań) modeli makroekonomicznych, tzw. hipotezy racjonalnych oczekiwań. Hipoteza ta, wysunięta z licznymi zastrzeżeniami przez J. Mutha70, a następnie, już bez tych zastrzeżeń, rozwinięta przez R.E. Lucasa jr. i nową ekonomię klasyczną, głosi, iż „oczekiwania, odkąd są uświadomionymi przewidywaniami przyszłych zdarzeń, są w istocie identyczne (the same as) z predykcjami wyprowadzanymi z prawidłowego (relevant) modelu ekonomicznego”71. Pomijając nawet nader istotną kwestię, co oznacza sformułowanie „prawidłowy model ekonomiczny”72, należy zwrócić uwagę, że hipoteza ta implikuje istnienie jednego, wspólnego wszystkim podmiotom, wzorca przewidywania przyszłości ergo jest to „czysto frankeinsteinowski pomysł oparty na wierze, że w naturze istnieje jakaś uniwersalna prawda o podejmowaniu decyzji przez ludzi, a ekonomiści muszą ją tylko odkryć”73. Co więcej, nadbudowana na tej hipotezie teoria, w zasadzie wyklucza możliwość wystąpienia nierównowagi w gospodarce74. Jest to zrozumiałe, gdyż racjonalne oczekiwania są w zasadzie tożsame z założeniem o pełnej wiedzy podmiotów. Jak zauważa, we wstępie do – uważanej obecnie za przełomową – pracy Frydmana i Goldberga pt. Imperfect Knowledge Econimics, E.S. Phelps: „teoria równowagi milcząco przyjmuje mechanizm, który konstytuuje gospodarkę jako całkowicie znaną: uczestnicy w pełni rozumieją jak ten mechanizm działa, więc każdy zna prawdopodobieństwo rozdziału oczekiwanych wyników. To w konsekwencji implikuje, że każdy wie, iż znajomość tego prawdopodobieństwa jest powszechnie znana, zatem nie będzie żadnego zróżnicowania w poglądach, co do przypuszczeń dotyczących zachowań pozostałych uczestników”75.

Łatwo dostrzec, że sama ta konstrukcja znosi wszelkie, w tym oczywiście społeczno-kulturowe różnice i czyni racjonalność uniwersalną cechą działań, która to cecha przy okazji determinuje zachodzenie stanu permanentnej równowagi. Tymczasem, jak zauważa Frydman, „racjonalność nie jest pozakontekstowa, ponadczasowa czy ponadkulturowa”76 bowiem, możliwości, bodźce i instytucjonalne układy, które pobudzają jednostki do kreatywnej aktywności różnią się, często zasadniczo, pomiędzy różnymi kapitalistycznymi gospodarkami. Kapitalistyczne gospodarki są faktycznie szczególnie efektywne, w koordynowaniu indywidualnych działań podejmowanych przez jednostki w ich własnym interesie; jednostki te posiadają jednak inherentnie niedoskonałą wiedzę na temat kontekstu społecznego, w jakim przyszło im działać”77.

Obie koncepcje – Beckerowskie podejście ekonomiczne i hipotezę racjonalnych oczekiwań – łączy jeszcze jedna cecha. Otóż, obie one skonstruowane są jako „bezwyjątkowe”. AutorTeorii zachowań… stwierdza bowiem wprost, że „podejście ekonomiczne nie pozwala uciekać się do twierdzeń o nieracjonalności, zadowalaniu się już osiągniętym bogactwem albo dokonywania (ad hoc) ‚pasujących’ nam założeń dotyczących odpowiednich przesunięć w hierarchii wartości (tj. w preferencjach). Przeciwnie, każe ono zakładać istnienie jakichś kosztów (pieniężnych lub psychicznych) wykorzystania danej możliwości, kosztów przekreślających jej pozorną zyskowność, a być może niełatwych do dostrzeżenia dla obserwatora z zewnątrz. Oczywiście zakładanie istnienia takich kosztów ‚zamyka’ czy ‚dopełnia’ teorię ekonomiczną w taki sam nieomal tautologiczny sposób, w jaki założenie istnienia dodatkowych, niekiedy nie dających się zaobserwować, rodzajów zużycia energii pozwala ‚dopełnić’ system wymiany energii i utrzymać w mocy prawo zachowania energii”78. Podobnie ekonomista „wierzący w hipotezę racjonalnych oczekiwań, dobiera arbitralnie jakieś założenia, według których, jego zdaniem, jednostka powinna przewidywać przyszłość i podejmować decyzje rynkowe”79; gdy „coś idzie nie tak”, zmienia jedynie „parametry”, nie porzuca jednak nigdy samej hipotezy.

Swoista tautologiczność konstrukcji, o której mówi Becker, wydaje się jednak czymś innym niż, analogicznym do ‚dopełnienia’ systemu wymiany energii pozwalającego utrzymać w mocy prawo zachowania energii, założeniem. Można raczej stwierdzić, że stanowi ona raczej sposób obrony, stylowo zdeterminowanych, faktów naukowych. Przywołując McCloskey’a „metaforę, którą żyją ekonomiści”, będą oni „widzieć” rynek, racjonalność i równowagę nawet wówczas, gdy pojawią się elementy z tym „ideowidzeniem” niezgodne, a raczej, że prędzej, czy później „zobaczą” oni te elementy, jako składniki swojej stylowej wizji; jeszcze inaczej rzecz tę ujmując, w tak „skrojonej” konstrukcji po prostu nie mogą oni już zobaczyć czegokolwiek innego.

Możliwość trwania przy tych koncepcjach, zapewnia jednak jeszcze drugi – obok ich uniwersalistycznego i tautologicznego charakteru całej konstrukcji – element. Dopełnia on niejako całości i czyni ją „ostatecznie nieodpartą”. Chodzi o tzw. Friedmana tezę „o nieważności założeń”, którą przedstawił on w artykule The methodology of positive economics80, a która, już przeszło od półwiecza, wywiera ogromny wpływ na metodologię ekonomii. Głosi ona, iż „prawdziwie ważne i znaczące hipotezy posiadają ‚założenia’, które są ‚opętańczo’ nieścisłymi deskryptywnymi reprezentacjami rzeczywistości i, bardziej ogólnie, że im bardziej znaczącą jest dana teoria, tym bardziej nierealistyczne ma założenia”81; w konsekwencji „ekonomiczne teorie powinny być oceniane nie poprzez sprawdzanie ich założeń, ale za pomocą wynikających z nich predykcji – w tym sensie, nierealistyczność założeń teorii nie stanowi powodu do narzekania na teorię”82. Co ostatecznie oznacza „nierealistyczność” założeń i dlaczego mówiąc o nich Friedman właściwie zawsze używa cudzysłowu, próżno dociekać (zarzuty tego dotyczące są, jak łatwo się domyślić, najczęstsze), niemniej warto zauważyć, iż potwierdza się tu powszechna opinia o tym, że im bardziej wieloznaczna jest dana koncepcja, tym większą zdobywa sobie popularność83. Nawet jednak przyjmując, że owa nierealistyczność oznacza, że są one niezgodne z rzeczywistością, nie stanowią jej wiernego odwzorowania czy nawet, że są z – jakkolwiek rozumianym – doświadczeniem sprzeczne (czy wreszcie, że są po prostu wysoce abstrakcyjne), można dostrzec w tym rozumowaniu pewną nieścisłość. Otóż, skoro „rzeczywistość” nie daje się nawet idealizacyjnie „opisać”, to w jaki sposób może dostarczyć nieproblematycznych „danych”, w oparciu o które testować można teoretyczne hipotezy? Możliwe są tu dwie w zasadzie odpowiedzi: albo Friedman jest naiwnym realistą ontologicznym i epistemologicznym i jedynie stwierdza, że, choć możliwe, to jednak jakiekolwiek – nawet idealizacyjne – odwzorowywanie rzeczywistości w założeniach teorii nie jest potrzebne, albo mówiąc o relacji założeń i predykcji z rzeczywistością, przyjmuje jakieś dodatkowe rozróżnienia, na to, co można i czego nie można poznać.

Ważniejszą jednak jest inna kwestia. Otóż, jak łatwo dostrzec, ta metodologiczna dyrektywa chroni założenia, o których ekonomiści wiedzą, że są cokolwiek problematyczne (w rodzaju maksymalizującego charakteru działań, stałości preferencji czy racjonalnych oczekiwań). Tym samym stanowi ona, wypracowany i kultywowany w ramach kolektywu myślowego, sposób radzenia sobie z niezgodnościami. Jest to twierdzenie tym bardziej zasadne, że esej Friedmana ukazał się w 1953 roku, a więc wówczas, gdy już mniej więcej wiadomo było, iż neopozytywistyczny program Koła Wiedeńskiego – zakładający jak wiadomo m. in. możliwość formułowania zdań protokolarnych – chyli się ku upadkowi. W pełni ukształtowany styl myślowy głównego nurtu ekonomii „nie mógł” jednak dopuścić do załamania się głównego rdzenia wyznawanych koncepcji, zatem w tej perspektywie można Friedmanowską hipotezę potraktować jako, zgodne ze stylem myślowym, dostosowanie, które pozwoliło utrzymać w mocy fundamentalne wówczas (i dziś zresztą też) przekonanie, że ekonomia jest nauką empiryczną i dostarcza przydatnych i dających się testować predykcji.

Wobec rozumowania amerykańskiego noblisty można jednak – i to wydaje się tu kluczowe – wysunąć te same zarzuty, które pod adresem Poppera formułują przedstawiciele radykalnego nurtu w filozofii nauki: „nie można, w ich opinii, z jednej strony utrzymywać, że nie istnieje naturalny – w stosunku do wszelkich teorii – język obserwacyjny, z drugiej natomiast, zakładać, że w procesie testowania teorii dysponujemy zdaniami obserwacyjnymi, opartymi na bezstronnym werdykcie doświadczenia, zdaniami formułowanymi w języku neutralnym wobec testujących teorii”84. Jest to zresztą, jak się zdaje, fundamentalny zarzut w ogóle wobec idei ekonomii, jako nauki formułującej, poddające się jednoznacznemu testowaniu, predykcje. Konfrontacja przewidywań z „danymi” doświadczenia zawsze jest bowiem, teoretycznie uwikłana, a dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że „wszelkie obserwacyjne sprawozdania, wyniki badań eksperymentalnych i zdania faktualne albo zawierają teoretyczne założenia, albo uznają je ze względu na sposób, w jaki zostały sformułowane i dzięki temu stanowią już interpretację każdej obserwacji”85. Każdy test empiryczny stanowi więc jedynie uteoretyzowaną i wyrażoną w języku danej teorii interpretację tego, co uznaje się za dane obserwacyjne ergo wrażenie jakoby były one nieodpartym i koniecznym świadectwem empirycznym, że zatem testując hipotezy obcujemy z realnością, która „udziela” jednoznacznych odpowiedzi, jest li tylko wrażeniem; oznacza bowiem jedynie, iż naszym udziałem staje się przymus myślowy, że – innymi słowy – w świetle kolektywnie wypracowanych czynnych powiązań, doświadczamy powiązań biernych i te odczuwamy jako obiektywną rzeczywistość.

 

9. Zakończenie, czyli jak zawsze mieć rację

Możemy ostatecznie stwierdzić, że współczesna ekonomia, zarówno w jej nurcie ortodoksyjnym, jak też w obszarze heterodoksji hołduje neopozytywistycznym wyobrażeniom na temat nauki. Roszczenia uniwersalistyczne formułowanych praw i zależności, realizm ontologiczny i epistemologiczny, przekonanie o empirycznym charakterze ekonomicznych dociekań oraz o możliwości testowania hipotez, wreszcie – zgodne z tezami naturalizmu metodologicznego – operowanie sformalizowanym językiem matematycznym wraz z towarzyszącym mu przeświadczeniem, iż obiektywizm teorii, a także jej „naukowość” są tym większe, im bliżej tej teorii do wzorca w postaci teorii fizycznych, wszystko to sprawia, że powyższe rozstrzygnięcie wydaje się uzasadnione. Niemniej sądzę, że dopiero spojrzenie na ekonomię jako naukę przez pryzmat paradygmatu kulturalistyczno-konstruktywistycznego, a szczególnie poddanie jej analizie przy wykorzystaniu aparatury pojęciowej Flecka filozofii poznania naukowego, daje pełny obraz sytuacji, nie zniekształcony przez, wewnątrz samej ekonomii jedynie istotne, podziały i rozróżnienia. Podejście to, jak starałem się pokazać, pozwala zrozumieć, w jaki sposób notoryczne ignorowanie kontekstu kulturowego i społecznego przez ekonomistów, zarówno w rozumieniu czynnika kształtującego ich praktykę badawczą i tej praktyki metodologię, jak też jako składnika dziedziny przedmiotowej, czyni ekonomię nauką wymagającą gruntownej przebudowy.


1Por. Klein N., Doktryna szoku, MUZA SA, Warszawa 2008.
2Por. Becker G, Becker G. N., Ekonomia życia, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2006, s. 395-398.
3Tamże, s. 395.
4Por. Becker G., Ekonomiczna teoria zachowań społecznych, PWN, Warszawa 1990; Azzi C., Ehrenberg R., Household Allocation of Time and Church Attendance, „Journal of Political Economy” nr 83, luty 1975; Hammermesh D., Soss N.M., An Economic theory of Suicide, „Journal of Political Economy” nr 82, styczeń/luty 1974.
5M. Blaug, jeden z najbardziej znaczących i wpływowych metodologów ekonomii o jawnie „popperowskiej” orientacji, powątpiewa w ten pogląd, niemniej chodzi mu raczej o rozbieżność pomiędzy tym, co ekonomiści głoszą, a tym, co ostatecznie później robią; por. Blaug M.,Metodologia ekonomii, PWN, Warszawa 1995, s. 169-175.
6Jak cynicznie, lecz trafnie zauważa R. Frydman: „dzięki matematyce modele dość szybko stały się niezwykle dokładne. Ale miały jedną słabość. Nie sprawdzały się w rzeczywistości” [w]: Frydman R, Ekonomia niepewności, w: „Niezbędnik inteligenta. Polityka” nr 10 (2644), 8 marca 2008, s. 6.
7T. Lawson, korzystając z G. Holtona idei themata, będących „szerokimi, z góry przyjętymi koncepcjami, które jawią się jako nieuniknione w myśleniu naukowym, ale same w sobie są nieweryfikowalne i niefalsyfikowalne” (Holton G., Thematic Origins of Scientific Thought, Harvard University, Cambridge 1973, s. 22), wskazuje iż w ekonomii przyjmuje się trzy takowe: „Tep- teoria w ekonomii musi mieć naturę matematyczno-dedukcyjną”, […] „Tex- „wyjaśnienie” polega na pokazaniu, że jednostki optymalizują jakąś zmienną” [co z pewnym uproszczeniem oznacza, że podejmują racjonalne decyzje – przyp. B.S.] [oraz] Teq- wyjaśnienie zjawisk ekonomicznych odbywa się po to, aby zidentyfikować równowagę (lub ruchy w jej kierunku)” (Peacock M., Roundtable: Tony Lawson’s Reorienting Economics. No methodology without onthology!, w: „Journal of Economic Methodology” nr 11:3, wrzesień 2004, s.313-316. Rolę themata w myśleniu ekonomicznym bada też A. Viskovatoff, definiując je jako „idee i intuicje, które mają wpływ na badaczy w trakcie ich dociekań, ale które nie są oparte na obserwacjach empirycznych, jak również nie dają się dedukcyjnie wyprowadzić, są za to często przeoczane przez empiryków” w: Viskovatoff A., Rationalism and mainstream economics, w: „Journal of Economic Methodology”, 10:3, wrzesień 2003, s. 397.
8Podobną myśl wyraża R. E. Backhouse, który mówi wręcz o swoistym a priori ekonomii (w postaci założeń o optymalizacyjnym charakterze działań jednostkowych) i o hegemonii teorii równowagi (por. Backhouse R.E., Explorations in Economic Methodology. From Lakatos to empirical philosophy of science, Routhledge, London-New York 1998, s. 196 i 207-208).
9W kwestii zaś samej równowagi aktualną pozostaje opinia J.M. Keynesa, który stwierdził, iż w ekonomii „po jednej stronie są ci, którzy wierzą, że istniejący system gospodarczy jest w długim okresie systemem samo- dostosowującym się […], po drugiej [zaś] ci, którzy odrzucają [tę] myśl” (Snowdon B, Vane H., Wynarczyk P., Współczesne nurty teorii makroekonomii, PWN, Warszawa 1998, s. 14).
10Najczęściej chodzi po prostu o pogląd, w myśl którego rzeczywistość jako taka istnieje i jest poznawczo dostępna. Choć w ekonomii, o czym będzie jeszcze mowa, obecny jest spór o „realistyczność” założeń teorii, to jednak prawie wcale nie pojawiają się wątpliwości, co do dostępności „danych empirycznych”, w oparciu o które można oceniać (weryfikować, falsyfikować czy jakkolwiek inaczej sprawdzać) wnioski wynikające z teorii.
11Wszelkie kwestie sporne, w rodzaju dylematów: ceny giętkie czy sztywne, oczekiwania racjonalne, czy adaptacyjne, rynki opróżniające się z opóźnieniem, czy bez, pieniężny, czy nie charakter inflacji, przyczyny wahań popytowe, czy podażowe (by wspomnieć jedynie główne linie podziałów w makroekonomii) wydają się zwyczajnie pochodne względem owej podwójnej dychotomii: równowaga-nierównowaga, racjonalność-nieracjonalność). W kwestii wymienionych podziałów: por. Snowdon B, Vane H., Wynarczyk P., Współczesne nurty…, s. 436). Chcąc sprawę tę wyjaśnić do końca: w sposób świadomy wykorzystuję tu zabieg, którego w odniesieniu do „ekonomii klasycznej” dokonał J. M. Keynes w Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza; z pełną premedytacją popełnił on „herezję”, zaliczając do klasyków ekonomistów o nader odmiennych stanowiskach teoretycznych i przypisując im poglądy, których jako całości żaden z nich by nie zaakceptował jako swoich; chodziło bowiem raczej o wskazanie nie tego, co głosili oni explicite, ale co faktycznie wynikało z koncepcji. Por. Keynes J.M., Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, PWN, Warszawa 2003, s. 5.
12Por. Nowy leksykon metodologiczny, red. Czarnecki K.M., Wyższa Szkoła Humanitas, Sosnowiec 2009, s. 57.
13Szahaj A., Zniewalająca moc kultury, Wydawnictwo UMK, Toruń 2004, s. 19-20.
14Tamże, s.20-21.
15Zamiara K., Konstytucja przedmiotu badań naukowych a kwestia założeniowości wiedzy, [w]: Wiedza a założeniowość, red.: Motycka A., IFiS PAN, Warszawa 1999, s. 20.
16Motycka A., Filozofia nauki a problem założeniowości wiedzy, [w]: Wiedza a założeniowość…., s. 25 i 30.
17Szahaj A., Zniewalająca moc…, s. 21.
18Sady W., Spór o racjonalność naukową. Od Poincarego do Laudana, Monografie FNP Seria Humanistyczna, Wrocław 2000, s. 29-30.
19Tamże, s. 31.
20Amsterdamski S., Nauka a porządek świata, PWN, Warszawa 1983, s. 51.
21Już choćby z tej przyczyny, że – jak zauważa w tym samym miejscu S. Amsterdamski – „nie mamy żadnych podstaw po temu, by zakładać bezpośrednią odpowiedniość między stosunkami ontologicznymi a logiczną strukturą twierdzeń, za których pośrednictwem usiłujemy zdawać [z nich] sprawę”, tamże, s. 53. Inną zupełnie rzeczą jest to, czy przypadkiem to nasze założenie, nawet w formie postulatywnej i konwencjonalnej, o istnieniu czegoś „na zewnątrz” dyskursu, nie jest li tylko jeszcze jednym, kulturowo uwarunkowanym, nawykiem myślowym. Chodzi tu oczywiście o J. Mitterera zarzuty o filozofowanie dualistyczne, które charakteryzuje – jego zdaniem – cały dorobek cywilizacji zachodniej (por. Mitterer J.,Tamta strona filozofii. Przeciwko dualistycznej zasadzie poznania, Oficyna Naukowa, Warszawa 1996). Nawet jeśli są one jednak zasadne wydaje się, że nie stoją w sprzeczności z koncepcją, wedle której świadomość kulturowego uwarunkowania wiedzy i poznania i, w związku z tym, ich relatywnego charakteru, mimo wszystko nie czyni tejże wiedzy i tego poznania niemożliwymi.
22Sady W., Fleck o społecznej naturze poznania, s. 4.
23Tamże, s. 6.
24Tamże, s.11.
25Tamże, s. 12.
26Tamże, s. 12.
27Tamże, s. 13.
28Jarnicki P., Fleck a metafory, s. 11.
29Tamże, s. 6.
30Por. Sady W., Fleck…,s.15.
31Jarnicki P., Fleck a metafory, s.1.
32Por. Sady W, Fleck…, s. 14
33Tamże, s. 15.
34Istotną implikacją tego komunikacyjnego charakteru „wzrastania” stylu myślowego jest także to, iż wszelka zmiana w nauce „nie następuje w sposób rewolucyjny, nie polega tez na walce między teoriami, ponieważ nowa teoria (widziana w sposób całościowy dopiero z pewnego dystansu) nie dokonuje inwazji zza granicy, [lecz] jest zmutowaną wersją swojej poprzedniczki” [por. Jarnicki P., Fleck…, s. 7]. Nieadekwatna okazuje się tu więc, zarówno filozofia nauki T. Kuhna, jak też I. Lakatosa.
35Jarnicki P., Fleck…, s. 6.
36Tamże.
37Fleck L., Psychosocjologia poznania naukowego, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2006, s.70.
38Tamże, s. 72.
39Sady W., Fleck…, s.17.
40Nawet M. Blaug, nazywając rozpowszechnione we współczesnej ekonomii podejście „nieszkodliwym falsyfikacjonizmem”, stawia jedynie zarzut, iż ekonomiści niewystarczająco konsekwentnie poddają swoje teorie empirycznemu sprawdzianowi; w tym celu w swej nader wpływowej książce bada „status empiryczny wyselekcjonowanej próbki głównych teorii ekonomicznych” [Blaug M., Metodologia ekonomii, PWN, Warszawa 1995, s. 175]. Ewentualność, iż empiryczne testowanie samo w sobie może być niemożliwe (przynajmniej w popperowskim sensie tego słowa), lub nawet, że może być teoretycznie „uwikłane”, nie jest przezeń brana poważnie pod uwagę.
41Por. Sikora M., Problem interpretacji w metodologii nauk empirycznych, Wydawnictwo Naukowe IF UAM, Poznań 1997, s. 139.
42Peacock M., Roundtable: Tony Lawson’s Reorienting…, s.313.
43Backouse stwierdza, a jest to twierdzenie w dużej mierze zgodne z tezami mocnego programu socjologii wiedzy Bloora i Barnesa, iż ekonomia jako „dyscyplina jest hierarchicznie zorganizowana, a ogromną władzę posiadają wydawcy czasopism, którzy wykluczają prace niezgodne z ustalonymi standardami. W ten sposób standardy rygoru matematycznego i akceptacji podstawowych założeń, takich jak racjonalność [obowiązują] ponieważ, obsady stanowisk, okresy zatrudnienia i promocje zawodowe wymagają publikacji w tych czasopismach ekonomicznych; ekonomiści akademiccy są więc zmuszeni do ich akceptacji” [Backhouse, Explorations in…, s.195].
44Cyt. w: Landreth H., Colander D.C., Historia myśli ekonomicznej, PWN, Warszawa 2005, s. 445.
45Poll R., Strange Bedfellows, [w]: Science 1989, t.254, 18 sierpnia, s. 700-705, cyt. w: Mayer T., Prawda kontra precyzja w ekonomii, PWN, Warszawa 1996, s. 48.
46Mayer T., Prawda kontra precyzja…, s. 32.
47Tamże, s. 33.
48Tamże, s. 32.
49Peacock M., Roundtable: Tony Lawson’s Reorienting…, s.313.
50Zamiara K., Konstytucja przedmiotu badań…, s. 12.
51Nie ma tu oczywiście miejsca na tego typu analizy, niemniej znając nawet pobieżnie historię myśli ekonomicznej, można by pokusić się o kilka hipotez; jest to jednak zagadnienie na zupełnie inne rozważania.
52Klamer A., Making sense of economists: from falsification to rhetoric and beyond, w:„Journal of Economic Methodology”8:1, 2001, s. 70.
53Mayer P., Prawda…, s. 33.
54Ten „kierunek” obrała znaczna część ekonomistów, niemniej równie liczni byli ci, którzy w imię empirycznego charakteru swoich badań zrezygnowali z matematycznej precyzji. W tym względzie jednak różnię się od Mayera tym, że on rozdziela on te dwa nurty: na formalistyczny i empiryczno-naukowy i bierze w obronę ten drugi, ja zaś uważam, że w odmienny sposób realizują one oba ten sam pozytywistyczny projekt w ekonomii. Wątek ten rozwinę omawiając poglądy metodologiczne M. Friedmana.
55Fleck L., Psychosocjologia…, s. 58.
56Mayer, Prawda…, s. 34.
57Mówiąc o anomaliach nie mam oczywiście na myśli tego, co za takowe uznaje się np. Lakatos. Chodzi tu raczej o jakiekolwiek problemy, na które napotyka dana teoria czy koncepcja naukowa.
58To twierdzenie przyjmuję tu niejako „bez dowodu”. Wymagałoby to bowiem, wnikliwych rozważań z obszaru historii myśli ekonomicznej. Oczywiście ciekawe byłoby przykładowo prześledzenie, jak od – na poły metafizycznej – koncepcji autora Bogactwa narodów, poprzez Walrasa równowagę ogólną, doszło ostatecznie do sformułowania modelu Arrowa-Debreu, dla niniejszych rozważań wydaje się to jednak mniej istotne. Zasadne natomiast, jest przyjęcie omawianego twierdzenia już choćby z tej przyczyny, iż mówiąc o równowadze ekonomiści często odwołują się do Smithowskiej „niewidzialnej ręki”, a racjonalnym nazywają, Benthamowskie w swej istocie, egoistyczne działanie podmiotu.
59Omawiając to podejście będę także powoływał się na, mającą znaczący wpływ na współczesną makroekonomię, tzw. nową ekonomię klasyczną, głównie zaś na poglądy R. E. Lucasa Jr. Zastrzeżenie to jest konieczne bowiem, całkiem zasadnie z punktu widzenia dyskursu ekonomicznego, koncepcje Lucasa i Friedmana są uznawane za, względem siebie, opozycyjne. Z punktu widzenia koncepcji kolektywów myślowych różnica pomiędzy nimi nie jest jednak istotna, a wręcz, można stwierdzić, iż wykazują ich podejścia daleko idące podobieństwa. Obaj bowiem uznają, że na podstawie niewielkiej liczby – mających uniwersalny charakter – założeń, można wyprowadzać, równie uniwersalne w swej istocie – wnioski.
60Becker G., Ekonomiczna teoria zachowań ludzkich, PWN, Warszawa 1990, s. 8.
61Tamże, s. 14.
62Tamże. Według tej koncepcji „użyteczność osiąga się przez możliwie jak najefektywniejsze kombinowanie bardzo różnych ilości i jakości: zarobku i czasu wolnego, opinii bliźnich i korzyści materialnych, lodówek i potomków itd.” [tamże].
63Tamże. W artykule, pod wiele mówiącym tytułem De Gustibus Non Est Disputandum, napisanym wspólnie z G. J. Stiglerem, Becker dowodzi ostatecznie tezy, iż „stałość ludzkich zachowań może być wyjaśniona za pomocą ogólnego schematu kalkulacyjnych zachowań maksymalizujących użyteczność, bez odwoływania się do założenia o stałości preferencji. Ta teza [jego zdaniem – przyp. B.S.] nie wymaga bezpośredniego dowodu, ponieważ jest to twierdzenie ‚o świecie’, a nie propozycja logiczna” [Stigler G. J., Becker G., De Gustibus Non Est Disputandum, w: „The American Economic Review” vol. 67, no. 2, marzec 1977, s. 76]. Można w tym kontekście stwierdzić, iż jest to, w sposób oczywisty, próba obrony całego schematu, zgodnego z określonym stylem myślowym, w obliczu pojawiających się niezgodności czy zastrzeżeń. W ten sposób bowiem, Becker, wespół ze Stiglerem, wysiłek intelektualny poświęcają jedynie ratowaniu wniosków, które wcześniej sformułowane zostały przy założeniu stałości preferencji (co do którego założenia właśnie, zaczęto z różnych stron wysuwać zastrzeżenia).
64Becker G., Ekonomiczna teoria…, s. 22.
65Tamże, s. 26.
66Tamże, s. 38-39. Co istotne, „podejście ekonomiczne nie zakłada, że jednostki decyzyjne muszą mieć świadomość własnych dążeń maksymalizacyjnych” [tamże, s. 26].
67Na rolę metafor w nauce w ogóle, a w szczególności we Flecka filozofii poznania naukowego wskazuje w cytowanym powyżej artykule P. Jarnicki [por. Jarnicki P., Fleck…]. Tytuł artykułu McCloskey’a jest z kolei parafrazą tytułu słynnej pracy G. Lakoffa i M. Johnsona Metafory w naszym życiu (ang. Metaphors we live by) [por. Lakoff G., Johnson M., Metafory w naszym życiu, PIW 1988]
68McCloskey D. N., Metaphors economists live by, w: „Social Research”, vol. 62, no. 2, lato 1995, s. 215. Cytat ten zdaje się najlepiej potwierdzać, dlaczego Fleckowskie, a szerzej kulturalistyczno-konstruktywistyczne, podejście do ekonomii jest heurystycznie płodne. Pozwala bowiem, wskazać na wspólne i zarazem fundamentalne przeświadczenia podzielane przez ekonomistów, o zdawałoby się tak odległych od siebie orientacjach teoretycznych. Innymi słowy, pozwala na pominięcie mniej znaczących różnic i wskazanie, iż w zasadniczych kwestiach różnice te są wręcz zupełnie nieistotne.
69Klamer A., Making sense…, s. 74.
70Por. Viskovatoff A., Rationalism…, s. 409.
71Wprowadził przy okazji metafizycznie nacechowane pojęcie naturalnej stopy bezrobocia, do której jakoby w „naturalny” sposób powraca w długim okresie każda gospodarka rynkowa.
72Por. Muth J., Rational Expectations and the Theory of Price Movements, w: „Econometrica”, vol. 29, no. 3, lipiec 1961.
73Muth J., Rational…, s. 316.
74Stwierdzenie to jest w istocie metafizyczną deklaracją o istnieniu w rzeczywistości jakiegoś „prawidłowego modelu” i zarazem możliwości poznania, konstytutywnych dlań prawidłowości (ewentualnie w słabszej wersji, zachowywania się tak, jakby te prawidłowości się znało).
75Frydman R., Ekonomia niepewności…, s. 4. Ekonomiści, zapewne przewidując zastrzeżenia wobec tej hipotezy, zastrzegli, że po pierwsze nie oznacza to, że ludzi faktycznie mają racjonalne oczekiwania i rzeczywiście znają prawidłowy model, ale jedynie zachowują się tak, jakby oczekiwania te mieli, a model ów znali [por. Snowdon B, Vane H., Wynarczyk P.,Współczesne nurty…, s. 203]. Pomijając nawet kwestię, czy wnioski wyprowadzane z takich założeń mają jakąś wartość (a to zdaje się być nader problematyczne), sam sposób sformułowania tych zastrzeżeń jest dowodem na siłę przywiązania do określonego stylu i kluczowych dla niego założeń koncepcyjnych. Znów otwartym pozostaje natomiast pytanie, w jaki sposób tak fantastyczna hipoteza, od ponad trzydziestu lat, po dziś dzień, stanowi trzon makroekonomicznej ortodoksji.
76Nie będę tu omawiał, towarzyszącej hipotezie racjonalnych oczekiwań (hro) w nowej ekonomii klasycznej, hipotezy ciągłego opróżniania się rynków. Jest ona podobnie problematyczna, a przyjęcie jej można pośrednio wyjaśnić właśnie za pomocą hro.
77Phelps E. S., w: Frydman R., Goldberg M. D., Imperfect Knowledge Economics, Princeton University Press, Princeton 2007, s. xiv. Ciekawe, że już w 1936 roku F. von Hayek pisał, iż „twierdzenie, że jeśli ludzie wszystko wiedzą, są w stanie równowagi, jest prawdziwe po prostu dlatego, że w ten właśnie sposób definiujemy równowagę. Założenie [to] jest w tym sensie po prostu innym sformułowaniem stwierdzenia, że istnieje równowaga, lecz w żaden sposób nie przybliża nas do wyjaśnienia, kiedy i jak stan ten zostaje osiągnięty” [Hayek F., Indywidualizm i porządek ekonomiczny, Znak, Kraków 1998, s. 56]; w innym zaś miejscu stwierdza, że „poprawne przewidywanie nie jest […], jak niekiedy rozumiano, warunkiem wstępnym równowagi, lecz raczej definiującą ją cechą charakterystyczną” [tamże, s. 52]. Znów wydaje się, że tylko sile stylowej determinacji postrzegania zawdzięczamy, że – świadomi tych uwag – ekonomiści dokonali tego, co określane jest mianem rewolucji racjonalnych oczekiwań.
78Frydman R., Ekonomia…, s. 6.
79Frydman R., Goldberg M. D., Imperfect Knowledge…, s. 39.
80Becker G., Ekonomiczna teoria…, s. 25. Przewidywanie w naukach społecznych jeszcze z jednego względu przynajmniej różni się od nauk przyrodniczych, co tym bardziej czyni analogię tę nieadekwatną. Otóż, jak zauważa Giddens „do pojęć w naukach społecznych stosuje się […] podwójna hermeneutyka […]; pojęcia konstruowane [w teorii] ustawicznie ‚ześlizgują się’, są przyswajane przez ludzi, których zachowania miały początkowo opisywać, a tym samym stają się integralną cechą tych działań” (Giddens A., Nowe zasady metody socjologicznej, NOMOS, Kraków 2001, s. 228-229). Jest to zdaje się zgodne z uwagą Frydmana, iż „skoro nasze zachowania są wyznaczane przez wiedzę, którą posiadamy, to każdy postęp wiedzy musi zmieniać model, według którego przewidujemy zachowania rynku” (Frydman R., Ekonomia_, s. 4).
81Frydman R., Ekonomia…, s. 4.
82Por. Friedman M., Essays in Positive Economics, The University of Chicago Press, Chicago and London.
83Friedman M., Essays in Positive…, s. 14.
84Maki U., ‚The methodology of positive economics’ (1953) does not give us the methodology of positive economics, w: „Journal of Economic Methodology” 10:4, grudzień 2003, s. 496
85Wystarczy w tym kontekście wspomnieć choćby Kuhna ideę paradygmatu, a na gruncie ekonomii teorię Keynesa.
86Sikora M., Problem interpretacji…, s. 49.
87Feyerabend P., Against Method, s. 31, cyt. w: Sikora M., Problem interpretacji…, s. 109.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter