Między czasem a przestrzenią

Kategorie: Artykuły, Przywództwo, rozwój menedżerski, HRM
Elżbieta Sawczyn

Kroniki mazurskie, zapisane 12 września 2010 podczas trzeciego rajdu trenerskiego Instytutu Rozwoju Biznesu.

 

Polecamy ten kolejny piękny tekst Elżbiety Sawczyn, pełen obrazów, zapachów, przeżyć i emocji tym wszystkim, którzy chcą żyć w zgodzie z wartościami, nie tylko organizacyjnymi, ale i tymi własnymi. Bo tak jak firma powinna mieć misję, tak każdy z nas tę najważniejszą ideę, która mu towarzyszy przez całe życie i która temu życiu nadaje sens. W codziennej zawodowej gonitwie rzadko jest dla niej czas lub w ogóle… Gdy mijamy ostatnie światła asfaltowych dróg, wszystko zaczyna się zmieniać, a najbardziej poczucie czasu i przestrzeni… I okazuje się, że jest w nas miejsce i na nią.

Magicznie i niezwyczajnie już po raz drugi, a może nawet trzeci wyjechaliśmy, szukać ciszy. Jak w ubiegłym roku. A może pasji? Szukać innego wymiaru życia, bycia ze sobą, obcowania z przyrodą? Któż mógłby przypuszczać, czym zaskoczy nas kolejny wyjazd, bo że zaskoczy, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Już sam program owiany tajemnicą, trzymający do ostatniej chwili w napięciu skłaniał do przemyśleń i zastanowienia się nad celowością działań, które na pewno nie były przypadkowe…

Nasza organizatorka niewątpliwie miała wizję przekraczania granic, zamiany niemożliwego w bez wątpienia „łatwe i proste”, uduchowienia i uwznioślenia tego, co w nas najlepsze, czasami głęboko schowane, przysypane stertami obowiązków, skryte pod słowami „muszę” i „powinnam lub powinienem”. Rozbiegane myślami, bez przystanków, bez znaku stop, czasem ze znakami zapytania. Już wiemy, że to będzie NASZ czas. I tylko proste pytania czekające na swoje odpowiedzi: kto tym razem i co teraz poruszy nasze serca, pobudzi do zadumy, zauroczy i zaciekawi, zaskoczy, zamyśli w ciszy i w obecności przyjaciół.

Jedziemy

Tradycyjnie naszym wyjazdom towarzyszą zapłakane szyby samochodu, jakby świat, który zostawiamy w tyle próbował nas powstrzymać, lub choćby powiedzieć, że po powrocie już nic nie będzie takie samo jak dawniej. Więc, czy warto? Każdy ułamek prognozy pogody, wszyscy mniej i bardziej życzliwi nam ludzie programowali nam w głowach współczucie z powodu zimna, braku pogody, późnej jesieni schyłkiem lata. A my niezrażeni zajęliśmy miejsca w samochodach jakby układając się wygodnie do uczestnictwa w realizacji marzeń, w których nikt i nic nam nie przeszkodzi, bo jakakolwiek by była przeszkoda, jest tylko prostym wyzwaniem, którego należy doświadczyć i… iść dalej.

Znów nazwy zupełnie nam abstrakcyjne: Ukta, Iznota. Jedziemy do Wnuka, drogowskaz na Gąsiora. Czyli … Mazury. Dojeżdżamy późnym wieczorem, deszcz nie odpuszcza, bo niby czemu tak łatwo ma sprzedać swą skórę. Po drodze ekologiczna agroturystyka, pola pełne ziół, zdrowa żywność, miody, konfitury, szarlotki z domowej kuchni i… grzyby! Grzyby z rybą, grzyby w sosie, zupa grzybowa, zapach grzybów, grzyby suszone, grzybobranie, kosze na grzyby, konkurs dla grzybiarzy, ech – to już naprawdę jesień i tylko czasem szybka myśl jak błyskawica świdruje w głowie: Boże – chyba wiedzą, co zbierali!

Jesteśmy na miejscu, trochę zaskakującym, budzącym początkowo dylematy noclegowe, trochę innego rodzaju niż przed rokiem. Ale do rzeczy. Póki co witają nas wygrzewające się przy kuchni nieco leniwe i ospałe już o tej porze koty i życzliwi gospodarze spodziewający się… par małżeńskich zamiast kadry trenerskiej, co prawda pracującej zespołowo, czasami w parach, ale niekoniecznie związanej jakimikolwiek innymi węzłami poza zawodowymi. Hmm, no cóż, to pierwsze przed nami wyzwanie, czyli jak rozwiązać węzeł np. z trzema dziewczynami w jednym, dodajmy uczciwie małżeńskim łożu, tudzież w okrojonym składzie w liczbie dwóch… mężczyzn w jednym pokoju, co prawda z jednym, ale podwójnym spaniem. Ba, oprócz salwy śmiechu, czyli dawce wieczornej pozytywnej energii, pomysłowość i szybka reakcja organizatorki uchroniła uczestników przed nieprzespanymi nocami i ciągnącymi się dylematami dotyczącymi noclegu, pozwalając sobie tylko czasem w trakcie pobytu na krótkie wspomnienia, wywołujące kolejne salwy śmiechu.

Ranek przedstawiał się mniej zabawnie, ponieważ dżdżysto, wilgotnie, siąpiąc wczesnym kapuśniakiem, a może tylko mżawką, która mogła nam jedynie nawilżyć cerę, ale niekoniecznie pomóc w naszych ambitnych planach zdobywania… rzecznych meandrów Krutyni, które, bagatela, liczyły sobie jako trasa do przepłynięcia na kajakach jedynie 32 kilometry drogą wodną. Wiara wszystkich, którzy nas wyprawiali w drogę, była niemal identyczna: NIEMOŻLIWE!!! Będziemy was ściągać po drodze, możemy stawiać zakłady, kto i kiedy odpadnie jako pierwszy zaliczając „zgon”! Ba, sprawdźmy. Wypływamy o 10.00 rano, wcześniej poznając naszego przewodnika, pasjonata mazurskich lasów, ekologa, strażnika przyrody, malarza, rzeźbiarza, człowieka zafascynowanego mazurską przyrodą, który z ogromną pasją zaprezentował nam muzeum ziemi mazurskiej opowiadając niezwykłe historie o ptakach zamieszkujących te tereny. Później już tylko spotkania z bocianami, które uratowane przez pana Macieja i pozostałych leśników oraz życzliwych ludzi postanowiły zostać na Mazurach, ceniąc sobie wyjątkową gościnność i ciepło tutejszej ludności. No, a my? Podbudowani tym widokiem rozpoczęliśmy całodniową podróż, oglądając Mazury z poziomu wody, kajaka, łabędzich rodzin i towarzystwa zdziwionych kaczek, które spoglądały na nas zaskoczone, że nie poddaliśmy się zachmurzonemu niebu, kontynuując podróż w krainę ciszy, niezmąconej natury, nieuporządkowanej przyrody. Chwilami ze śpiewem na ustach, dodając sobie animuszu, gdy ręce odmawiały posłuszeństwa płynęliśmy, nie zważając na zmęczenie, na spotkanie z własnymi słabościami. Niezwykłe piękno przyrody, rekompensowało nam chwilowe kryzysy, spadki formy, słabość rąk i mięśni w kolejnej godzinie wiosłowania. Któżby się spodziewał, że człowiek ma tyle mięśni u rąk i wszystkie mogą boleć osobno, lub jednocześnie, potęgując uczucie zmęczenia. Ostatnie dwie godziny podróży przypominały chwilami galery, kiedy znużeni wioślarze wykonywali miarowe, jednostajne ruchy, prawie rezygnując z marzenia o dopłynięciu do portu. A zmierzch nadchodził szybkimi krokami, zastając nas na wylocie rzeki wpływającej do jeziora. Jeszcze tylko jezioro, potem przesmyk, fale i wzbierający się wiatr, brzeg, który jawił się jak oczekiwana nagroda i… YES, YES, YES. DOPŁYNĘLIŚMY!!! Wiktoria!!! Jak na prawdziwych kajakarzy przystało, lub jak na prawdziwy zgrany zespół trenerski przystało, już tylko kolacja i… nie, nie, jeszcze nie czas na sen, teraz mazurska bania, czyli jak kto woli – sauna z brzozowymi witkami, z biegiem do jeziora i nocna kąpielą. Jak przystało na wymagających i nieustraszonych trenerów droga do bani, z bani do jeziora odbywała się w zupełnych ciemnościach, ponieważ pomni zapowiedzi organizatorki wszyscy zabrali ze sobą na wyjazd latarki, po czym zgodnie, bez wcześniejszych ustaleń zostawiano je w pokojach. Cóż bowiem za sukces chodzić z latarką i oświetlać sobie drogę? Zróbcie to bez oświetlenia i w dodatku bez upadków! Daliśmy radę. Kto jak nie my?

I tak skończył się pierwszy dzień, pełen wrażeń, fizycznego wysiłku, estetycznych przeżyć, połączonych duchowymi doznaniami i pogłębiającą się pewnością związaną z rosnącymi możliwościami, poczuciem własnej wartości, siłą, wytrwałością, etc, etc., jak mówił pewien znany poeta.

Szybki sen i kolejne wyzwania przed nami. Ranek wita nas ciszą, wilgocią w powietrzu i łatwo wyczuwalnym napięciem. Tym razem żaglówki, jazda na rowerach, zwiedzanie kolejnych miejscowości, zdobywanie następnych biegunów, jak mawiał Marek Kamiński. Każdy z nas ma swój biegun, pytanie, czy wiemy, gdzie leży, co musimy zrobić, aby go zdobyć i z kim chcielibyśmy być w takiej chwili… Kompletujemy załogi i ruszamy zdobywać nasze osobiste szczyty. Czy padną kolejne „niemożliwe progi”? Czy w poznawaniu siebie, budowie zaufania, przekroczymy kolejne granice, złamiemy następne mury? To będzie trudny dzień.

Jest! Rzeczy niemożliwych nie ma! „Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń”. Jeden z zespołów polskich śpiewał piosenkę o znamiennym tytule: „Jedna taka szansa na sto”. Dokładnie taka szansa była w odnalezieniu zagubionego zegarka na przestrzeni 20 przejechanych na rowerze kilometrów. A jednak!!! Znalazł się! Nie, nie sam, znaleziony przez tych, którym się chciało, którzy uwierzyli, ze można, że dadzą radę – ponieważ tego chcą. Ponieważ ktoś na to czeka, ponieważ wierzy. Niezwykłe! Zwykła historia – niezwykłe zakończenie, niezwykli w tym ludzie, niezwykła radość i… solidarność. Tak rodzą się przyjaźnie, pogłębiają więzy, dzieje się magia chwili, zespołu, ludzi.

Dziękuję, że tam byliście! Szkoda, że Was tam nie było…

A potem: leśniczówka Pranie nocą i Konstanty Ildefons, i niezwykły gospodarz, poeta, Wojciech Kass, który każdym słowem i gestem maluje przestrzeń i chwile, wypełniając je poezją, czasem zaskakującą metaforą, wprowadza w inny wymiar, w zatrzymaną czasoprzestrzeń, o której możnaby powiedzieć, że: chciałabym takie chwile „ocalić od zapomnienia”. Obcując z Gałczyńskiego szafirami, srebrzystościami, dźwięczącymi kolorami, przechodzącą Natalią, której serce i swój ślad chciał ocalić od zapomnienia, i teatrzykiem Zielona Gęś, zapominamy na chwilę o realnym świecie, o laptopach i klientach, o raportach i superwizjach, zasłuchując się w cichy plusk jeziora, zapatrując się w gwiazdy przeglądające się w naszych oczach, wszyscy stajemy się poetami chwili. Tracąc poczucie czasu przenosimy się w inny świat, wyciszamy myśli, zatapiamy się w muzyce nocy.

Wracamy

Kolejny dzień budzi nas grzybami i słońcem, jeszcze tylko konkurs na najlepszego grzybiarza, jeszcze tylko wizyta u ekologów oraz krótkie pożegnanie z przewodnikiem i strażnikiem przyrody, a w rzeczywistości z pasjonatem, z kimś, kogo cieszy to, co robi. Mamy szczęście, znaleźliśmy kolejną osobę owładniętą pasją, pasją przyrodnika, miłośnika ziemi, z wizją siebie i swojego świata.

Wizyta u ekologów owocuje kolejnymi spotkaniami z historią tworzoną na naszych oczach, walką o naturę, o niezmącony krajobraz, o ulubione aleje, o pamięć i historię, o kulturowość i tożsamość. Niezwykłe miejsce stworzone ręką Danuty i Krzysztofa Worobców, którzy mimo wrocławskiego rodowodu, pokochali Mazury, osiadając tu na stałe, zmagając się z biurokracją urzędników, czasem z niezrozumieniem intencji. Pisząc książki – Krzysztof; genialnie dbając o podniebienia gości w oberży – Danuta.

I to już koniec. Przed nami powrót. Kolejny rajd za nami. Żegnamy się, i „tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, nas zaczarować musiał chyba… któż to wie?” Niezwykłe historie, magiczne klimaty, niezwykli ludzie, mazurskie świty no i… WY.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter